EBIB Nr 5/2007 (86), Współpraca zagraniczna bibliotek. Badania, teorie wizje Poprzedni artykuNastpny artyku  

 


Marian Ptaszyk
Emerytowany pracownik Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu

Linde – człowiek książki


Samuel Bogumił Linde w ciągu swego niekrótkiego życia (żył 76 lat) był czytelnikiem, autorem, tłumaczem, nakładcą, drukarzem, księgarzem, bibliotekarzem, bibliografem, znawcą polskiej książki, posiadaczem własnego księgozbioru, ale jak się zdaje, nie był bibliofilem. Trudno wszystkie te kierunki jego działalności w krótkim artykule dokładnie omówić. Wybór ułatwia przypadająca w grudniu (ok. 20 XII) bieżącego roku dwusetna rocznica ukazania się pierwszego tomu Słownika języka polskiego, który Linde napisał, zgromadził pieniądze na jego wydanie, wydrukował i przez całe życie sprzedawał. To, największe na ziemiach polskich w pierwszych dwudziestu latach po rozbiorach, przedsięwzięcie naukowe i wydawnicze miało swoją dramaturgię i jest bezspornie ważnym wydarzeniem w dziejach polskiej książki.

Linde po raz pierwszy wystąpił w roli autora w maju 1792 r. (miał wówczas 21 lat), gdy lipski księgarz Klaubarth wydał jego dysertację De solatiis adversus mortis horrores in Platone et Novo Testamento obviis commentatio. Jeszcze w tym samym roku ukazał się jego niemiecki przekład Powrotu posła Juliana Ursyna Niemcewicza (Die Rückkehr des Landboten vom letzten Warschauer Reichstage), a w roku następnym przekłady aż trzech książek: Fragmentu Biblii targowickiej Niemcewicza (Bruchstück der targowitscher Bibel, oder Historia von der Schöpfung durch Felix Potocki), Obserwacji politycznych państwa tureckiego Józefa Mikoszy (Reise eines Polen durch die Modau nach Türkey), największego dzieła O ustanowieniu i upadku Konstytucji polskiej 3. maja 1791 (Vom Entstehen und Untergange der polnischen Konstitution vom 3. May 1791). Tłumaczenia zostały wydane w Lipsku anonimowo z fikcyjnymi adresami wydawniczymi (z wyjątkiem książki Mikoszy). Powrót posła miał jeszcze wydanie tytułowe najprawdopodobniej w 1794 r. Być może Linde tłumaczył jeszcze jakieś drobne teksty polskie.

Pod koniec 1794 r. z powstańczej Warszawy przeniósł się do Wiednia na stanowisko sekretarza i bibliotekarza Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, który zaakceptował jego zamiar napisania polskiego słownika narodowego, dzieła postulowanego i oczekiwanego przez ludzi polskiego oświecenia. Ossoliński nie tylko zaakceptował pomysł nowego pracownika, ale też zdecydował się mu w tym pomagać. Aby przystąpić do pracy nad słownikiem, Linde musiał mieć dobre rozeznanie w polskim piśmiennictwie od XVI do końca XVIII wieku. Nie było wówczas odpowiednich opracowań, nie było nawet bibliografii rejestrujących całe piśmiennictwo polskie. Biblioteka Ossolińskiego była niewielka, zawierała 2-3 tysiące tomów, z których część znajdowała się nie w Wiedniu, tylko w jego dobrach w Galicji. Linde zamierzał wykorzystać dzieła ze wszystkich dziedzin wiedzy i literatury, zwłaszcza te szczególnie cenne ze względu na zawarte w nich słownictwo. Ossoliński zwrócił się w 1795 r. z prośbą o wiadomości na ten temat do Michała Hieronima Juszyńskiego, który w odpowiedzi wskazał kilkadziesiąt dzieł[1]. Pytania kierowano także do Adama Kazimierza Czartoryskiego, który przez wiele lat udzielał pomocy (starał się o słowniki wydane w Rosji, objaśniał wyrazy pochodzenia wschodniego, głównie tureckiego i tatarskiego, a gdy trzeba było, dał największe wsparcie finansowe na druk słownika). Poproszony też został o pomoc Tadeusz Czacki, twórca gimnazjum krzemienieckiego.

Linde stworzył sobie niezbędny warsztat do pracy. Zbierał informacje bibliograficzne, które spisywał w Bibliotheca Polona, dwudziestodwutomowym zbiorze notat bibliograficznych wypisanych z różnych dzieł[2]. Pierwotny zrąb opracował na podstawie 17 książek wymienionych na ostatniej stronie 22. tomu. Gdy książka trafiała do biblioteki Ossolińskiego, jej opis uzupełniał informacjami o stanie jej zachowania i o innych egzemplarzach, np.:

  • tytułu nam brak;
  • bez tytułu;
  • bardzo defekt, drugi raz calszy bez tytułu, trzeci raz cały;
  • tytuł defekt, drugi raz tytuł cały, ale koniec defekt;
  • bardzo podarte;
  • dwa razy mamy luźno;
  • bardzo brudny ex[em]pl[arz].

Przy opisie drugiego egzemplarza: także defekt, ale z tych dwóch exemplarzów ieden się ułoży. Przy dezyderacie dotyczącym książki Komedie Plauta w przekładzie Cieklińskiego: widziałem w akad[emickiej] bibl[iotece]. Ten swoisty raptularz notatek dobrego bibliotekarza zawiera 15000 informacji bibliograficznych i ok. 2500 adnotacji o książkach poszukiwanych, z których w ciągu 9 lat pracy Lindego u Ossolińskiego pozyskano ponad 500. Są tam też nieliczne uwagi biograficzne – około 380. 15000 zapisanych informacji bibliograficznych nie oznacza, że tyle książek znajdowało się w bibliotece Ossolińskiego. Linde informacje te zamieszczał pod hasłami autorskimi, nazwiskami tłumaczy i osób, którym dzieło było poświęcone (głównie panegiryki), nazwiskami znamienitszych drukarzy i księgarzy, nazwami drukarń, zakonów i niektórych miejscowości oraz herbów wybitniejszych rodów. Dlatego też niektóre informacje powtarzają się, ale trudno znaleźć zasadę tych powtórzeń.

Przeglądarka może nie wspierać wyświetlania tego obrazu.
Fot. 1. Bibliotheca Polona t. 14, hasło Ossoliński.

Zapiski w Bibliotheca Polona ułatwiały Lindemu pracę bibliotekarza gromadzącego książki w bibliotece Ossolińskiego. W ciągu 9 lat księgozbiór hrabiego wzrósł wielokrotnie i pod koniec tego okresu hrabia zaczął rozważać możliwość utworzenia z niego biblioteki fundacyjnej. Stało się to kilkanaście lat później. Chociaż księgozbiór po odejściu Lindego do Warszawy w grudniu 1803 r. wzrastał nieznacznie, a do Bibliotheca Polona wprowadzono tylko 199 zapisów, ostatni w 1810 r.

Przeglądarka może nie wspierać wyświetlania tego obrazu.
Fot. 2. Bibliotheca Polona, t. 14, hasło Orzechowski.

Lindemu potrzebna była wiedza, nie tylko jakie książki się ukazały; musiał wybrać ze zgromadzonych u Ossolińskiego te, które mogły mu dostarczyć najwięcej materiału do jego słownika. Potrzebne były wiarygodne oceny języka poszczególnych książek. W powszechnej tradycji, powtarzano opinie o znakomitym języku Jana Kochanowskiego i jeszcze kilkudziesięciu pisarzy, ale to nie wystarczało. Linde znalazł wyjście: czytając książki, znajdował w nich niejednokrotnie opinie o innych dziełach, także o ich języku. Te uwagi były dla niego bardzo cenne.

W lutym 1797 r. napisał obszerny artykuł w języku niemieckim, w którym po raz pierwszy poinformował szeroką publiczność, że przygotowuje nowy słownik, Słownik języka polskiego dawnych i nowych czasów, który miał być słownikiem dwujęzycznym polsko-niemieckim i niemiecko-polskim. Artykuł zamieściły niemal równocześnie Allgemeine Literarischer Anzeiger (28 III w Lipsku) i Intelligenzblatt der Allgemeinen Literatur-Zeitung (5 IV w Jenie)[3]. Linde bardzo niedokładnie pod względem bibliograficznym informował w nim o dziełach wykorzystanych do słownika, o tych, które zamierzał wykorzystać oraz innych, których nie posiadał ale czynił usilne starania o ich pozyskanie i wykorzystanie. Osiem miesięcy później, gdy minął czas zapowiedzianego wydania słownika przez Wilhelma Bogumiła Korna, w listopadzie tegoż roku Linde napisał drugi artykuł, który ukazał się pół roku później w maju 1798 r. w tym samym dodatku do czasopisma jenajskiego[4]. W obu artykułach zastosował podział pozwalający mu grupować informacje:

  • Biblie
  • Kazania
  • Historia Kościoła
  • Historia i heraldyka
  • Prawo
  • Nauka o języku
  • Przysłowia
  • Nauki filozoficzne i matematyczne
  • Sztuka wojenna
  • Polityka i rozmaite pisma, mowy
  • Poeci
  • Teatr
  • Powieści

W następnym (listopad 1797 r.) dodał w naukach filozoficznych i matematycznych działy:

  • Botanika
  • Ekonomia
  • Matematyka
  • Kucharstwo (nie wymienił żadnej książki, ale zapewnił, że takowe posiada)
  • Położnictwo (nie wymienił żadnej książki, ale zapewnił, że takowe posiada)
  • Wymowa
  • Śpiewniki
  • Pisma periodyczne[5].

Niektóre informacje, nazwijmy je bibliograficznymi, chociaż ograniczają się tylko do nazwiska autora, Linde opatrzył dodatkowymi wiadomościami. Oto kilka przykładów:

  • Szczególną radość sprawia mi najstarszy zbiór polskich przysłów Rysińskiego, z którego Knapski, choć zaczerpnął wiele do swoich Adadżiów, to bynajmniej nie wykorzystał wszystkiego. Zawiera on 18 centurii; jeśli teraz oszacuję pozostałe z Knapskiego, Fredry, Wacława Potockiego, Żeglickiego tylko na dwieście, to wychodzi suma 2000 przysłów.
  • Mojego rodaka Rybińskiego można bez wahania postawić obok Jana Kochanowskiego. O tym pisarzu w Bibliotheca Polona zapisał: Jan Rybinius pasterz w Grębocinie ma być autorem wierszów na śmierć Jana Ostroroga pod imieniem Jana Herbiniusa w Toruniu 1583.4. Wydanych.
  • Tu nie mogę zataić przed czytelnikiem radości, że wkrótce ukaże się u mojego przyjaciela Maja w Krakowie dotychczas nie drukowany Ariost Piotra Kochanowskiego z XVI wieku.
  • Wśród dawnych żartobliwych wierszy na czele stoją często już wymieniane Jovialitates Wacława Potockiego. Są one dla mnie tym ważniejsze, że tylko w takich utworach znajdują się wyrażenia, od użycia których wstrzymują się zacniejsi autorzy, a które również należy wyjaśnić, jeśli mają być zrozumiane.

Mikołaj Rej jest pisarzem, o którym Linde przekazał ciekawe informacje nie tylko w wymienionych wyżej artykułach, w których napisał:

  • Ważny jest dla mnie również komentarz do Apokalipsy Mikołaja Reja, protestanckiego teologa, którego Wujek zwalczał jako szczególnie niebezpiecznego wroga ze względu na jego piękny styl. Postylli Reja dotąd nie mogłem zdobyć, ale jeden jego doskonały wiersz przytoczę poniżej.
  • Bogatym źródłem jest dla mnie osławiony wiersz teologa Reja: Wizerunek własny żywota człowieka poczciwego[6].

O pomoc w sprawie Postylli Reja Ossoliński prosił w 1798 r. Tadeusza Czackiego, który w odpowiedzi informował, że książkę posiada, ale o możliwości jej udostępnienia nie wspomniał. W Bibliotheca Polona Linde zanotował dwa wydania krakowskie Postylli z 1566 i 1571 r. i dezyderat na wydanie wileńskie z 1594 r. Postyllę, choć trochę nadgniłą, „przecie całą”, przywiózł Linde z Sandomierza w 1799 r.[7].

  • Tłumaczenia uczonego profesora Przybylskiego są dla leksykografa ważne ze względu na umiejętność, z jaką nadaje on długim wyrazom krótsze formy fleksyjne, a przez złożenia i derywacje tworzy nowe wyrazy.
  • Horacy Petrycego był dla mnie bogatym źródłem, skoro Naruszewicz w swoim polskim wydaniu rzymskiego poety mógł zachować ledwo połowę licznych dygresji tłumacza.
  • Przekład Sebastiana Petrycego był dla Lindego tym cenniejszy, im bardziej nie podobał się jego język Adamowi Naruszewiczowi, który wydał Q. F. Horcjusza Pieśni wszystkie [...] przekładania różnych (Warszawa 1773)[8].

Przytoczone cytaty ilustrują, jak Linde starał się zaradzić brakowi opracowań, w których mógłby znaleźć pomoc w doborze źródeł. Wykorzystywał nawet najdrobniejsze uwagi zawarte w czytanych książkach. Ten kierunek jego starań jest również obecny w jego korespondencji. W sierpniu 1801 r. pisał do Adama Kazimierza Czartoryskiego: Przebiegam teraz Postyllę Grzegorza z Żarnowca; napadłem tam wczoraj na wchlebionego Chrystusa katolickiego i na jeszcze piękniejsze słowo wyżądlić. Książkę prawdopodobnie darował Ossolińskiemu Antoni Kuropatnicki w 1800 r.[9]. Cieszył się Linde znaleziskami nieznanych słów, czego nie wstydził się okazywać. Cieszył się zdobytymi, nowymi książkami, które obiecywały nowe materiały do słownika. Świadczą o tym listy do Ossolińskiego pisane z podróży w charakterze księgołapa po Galicji latem 1799 r. Takich podróży odbył 6 lub 7. Sam nie bardzo pamiętał, ile ich było. W pierwszym ze wspomnianych artykułów napisał: Podaję tu spis dawnych i współczesnych pisarzy, którzy posłużyli mi przy mojej pracy; dawna literatura musiała tu spełniać tym ważniejszą rolę, że złoty wiek nauki w Polsce przypadł na okres panowania Zygmuntów. Wymieniam teraz tylko nazwiska pisarzy; we wstępie do pracy [słownika] znajdzie się niezbędna informacja o każdym z nich[10].

Ta opinia o szczególnej roli piśmiennictwa dawnego, a szczególnie okresu renesansu w Polsce, którą Linde wypowiedział już na początku trzeciego roku pracy nad słownikiem i to wypowiedział publicznie, miała się okazać ważną deklaracją na przyszłość. Tworzone przez niego w Warszawie po 1803 r. biblioteka w Liceum Warszawskim a później Biblioteka Publiczna przy Uniwersytecie Warszawskim nigdy nie były bibliotekami szkolnymi. Gromadził w nich książki stare, cenne jako zabytki polskiej kultury, które należy zebrać, zabezpieczyć przed zatraceniem i udostępniać polskiemu społeczeństwu. W przytoczonym cytacie zapowiadał, że we wstępie do słownika zamieści pełniejsze informacje o pisarzach i ich dziełach, które wykorzystał w swojej pracy. W 1797 r. informował o około dwustu dziełach, czyli około 1 ogólnej liczby wszystkich publikacji wykorzystanych w słowniku. Po raz drugi zamieścił spis wykorzystanej literatury w polskim prospekcie słownika wydanym w 1804 r. Tym razem były to obszerniejsze zapisy bibliograficzne. W 1807 r. w pierwszym tomie Słownika Linde zamieścił bibliografię załącznikową w dwóch częściach:

1. Obiaśnienie przywiedzionych dyalektów i ięzyków.

Pod tym mylącym tytułem znajduje się bibliografia, w części adnotowana, słowników, gramatyk i podręczników do nauki języków słowiańskich z wyjątkiem języka polskiego. Noty i notki zawierają różne wiadomości. Są tam uwagi pozwalające poznać, jak oceniał Linde poszczególne dzieła, ale nie wszystkie. Informację bibliograficzną słownika Franciszka Jana Tomsy opatrzył obszerną notą: Franz Johann Tomsas vollständiges Wörterbuch der Böhmisch-Deutsch und Lateinischen Sprache, mit Vorrede von Joseph Dobrovsky (Prag 1791). Miałem tego dzieła egzemplarz pomnożony w manuskrypcie przypiskami J. Pana Złobickiego sekretarza nadwornego w Wiedniu, z których nie tylko znaczna liczba słów czeskich i znaczeń, jakich dotąd w drukowanych słownikach czeskich brakowało, memu dziełu przybyła; lecz nadto wiele słów Morawskich, Słowackich, Szląskich, które JP Złobicki, jako uczony i rozsądny badacz języków od czeszczyzny odróżnić potrafił. Przedmowa zaś J.X. Dobrovskiego do słownika Tomsy służy niejako za wstęp do etymologii słowiańskiej, której, że ja wiele w tej mierze światła winienem, nie tylko chętnie, ale z największą wdzięcznością wyznaję. Nad to miałem sobie od JP. Złobickiego pozwolony manuskrypt niedrukowanego dotąd słownika czeskiego, nad którym sławnej pamięci Rosa, zmarły w Pradze 1618, trzydzieści lat pracował.

Równie obszerną, ale odmienną jest nota objaśniająca język słowacki: Słowacki dialekt, używany w Węgrzech, w okolicach Przezburga i t.d. Uczynić tu zastanowienie muszę nad tą okolicznością, iż Słowacy Protestanci, ile z Czech pochodzący, bardzo się do czeszczyzny przybliżają tak daleko, że za cechę dobrego pisania swoim językiem mają trzymanie się przepisów i prawideł języka czeskiego; Katolicy zaś przeciwnie. Osobliwie od czasu cesarza Józefa powstała bardzo gorliwa o odosobnienie swego dialektu od czeskiego partia katolicko-słowacka, z której pismami swemi najwięcej słynie Bernolak. Dalej wymienia jego prace, z których korzystał. Bibliografia została ułożona w porządku alfabetycznym wg skrótów, jakie Linde zastosował dla poszczególnych języków słowiańskich. Nie podał, z jakich słowników innych języków korzystał, ponieważ mniej potrzebnem zdaje mi się wyliczanie ich słowników.

2. Poczet pism polskich w słowniku przytaczanych.

Jest to bibliografia, którą Linde zapowiedział już w pierwszym artykule-prospekcie w 1797 r.[11], uporządkowana według skrótów nazwisk autorów lub tytułów dzieł użytych do lokalizacji cytatów w Słowniku. Opisy są bardziej dokładne niż w załączonych do polskiego prospektu Imionach Autorów i xiążek Polskich w Słowniku cytowanych, np.:

Prospekt Słownik
Andrzeia Zamoyskiego Prawo Zbiór praw sądowych p. Andrzeia Zamoyskiego W Warsz. 1778. Fol.
X. Białobrzeskiego Postylla 1581 X. Marc. Białobrzeskiego, bisk. Kamien. Postylla 1581. fol. Gostk. druk.

Wydaje się, że Linde poprawił opisy pod wpływem krytycznych uwag Ignacego Potockiego, które ten przekazał po lekturze prospektu[12]. Nikt poza Potockim nie zwrócił uwagi na braki w opisach w wykazach literatury. Poczet, Imiona i Objaśnienie były opracowane zgodnie z ówczesną praktyką. Ani autorzy polscy, ani obcy nie przywiązywali wagi do precyzji opisów w bibliografii załącznikowej[13]. Przywoływane przez Lindego jako wzorcowe Vocabolario degli Accademici della Crusca w wydaniu weneckim z r. 1741 ma bardzo skomplikowaną w swej budowie bibliografię załącznikową, a niemiecki słownik Johanna Christiana Adelunga nie posiada takiej bibliografii. Poczet pism polskich nie zawiera opisów wszystkich dzieł, z których cytaty Linde zamieścił w Słowniku, ponieważ praca nad nim trwała do 1813 r., gdy tłoczono ostatni tom[14].

Księgozbiór Ossolińskiego rozrastał się dzięki podróżom Lindego i samego hrabiego po Galicji, w czasie których odwiedzali biblioteki w dworach i dworkach, na plebaniach i w klasztorach, gdzie wypraszali darowanie im interesujących ich książek, wypożyczali na rewersy, z których nie wynikało, co zabrali lub po prostu „smykali”, gdy właściciele nie godzili się na legalne wypożyczenie książki. O sposobach działania Lindego w czasie tych podróży dowiadujemy się z jego listów do Ossolińskiego pisanych z Galicji w 1799 r. Czytamy w nich: Na Woli będąc łożyłem jeden dzień na splądrowanie poczciwego Kuczkowskiego, u którego znalazłem: a) niewidzianą dawną edycją prawa miejskiego in 4; b) Otwinowskiego przeobrażenia, prawda bez tytułu, ale co do reszty calsze od naszego egzemplarza… itd.

Dalej w tym samym liście: W Radomyślu w kościołku znalazłem: Historią zburzenia Jerozolimy, wypis z Flawiusza Józefa żydowina, książkę i Juszyńskiemu nawet nieznajomą, który się nie dosyć wydziwić może niektórym bardzo rzadkim i niewidzianym knihom, co mi się na różnych miejscach zdarzyły, gdzie on z Czackim darmo szukali. Z Radomyśla mam także wolumen wielki Miscelanów in folio, najwięcej z wierszów polskich złożony. P. major Wodzicki serdecznie [się] kłania. Józefa Wodzickiego miałem onegdaj szczęście zastać w Stopnicy i jego protekcji zażyć u oo. Reformatów. Tam mi się zdarzyło. Dalej wymienia kilkadziesiąt dzieł i ich wyliczanie kończy: Te mamy, to jest, są w moim ręku, unde nulla redempio [bez wykupu], i prócz tych wybrałem kilkadziesiąt książek, najwięcej Miscellaneów, na których pożyczenie nawet za instancją i rękojmstwem zacnego Wodzickiego w niebytności prowincjała żadną miarą zezwolić nie chcieli, a o ustąpieniu ani myśleć. Napisał tedy Wodzicki list do Prowincjała do Krakowa, który jeżeli pozwoli, pożyczka ta i rewersa tak nam pójdą jak owa zatorska. Pan byś nie uwierzył, jak ciężkie są negocjacje z mnichami; trzeba więcej niż ministrowskiej głowy, aby cokolwiek wskórać[15].

Wzmianka o pożyczaniu sugeruje, że Linde był gotów za zabierane książki pozostawić pisemne pokwitowanie. Obaj z hrabią stosowali tę formę zdobywania interesujących pozycji. Wystawiane przez nich pokwitowania pisali tak nieprecyzyjnie, że żądanie zwrotu zabranej książki zależało od dobrej woli Ossolińskiego, który mógł w takim przypadku dać z dubletów inny egzemplarz[16]. Czasem zdobyta per fas et nefas książka była w innym miejscu wymieniana na bardziej pożądaną, np. zdobyty w Sandomierzu egzemplarz pozwolił na to, że cały, i piękny nawet egzemplarz Acerni [Klonowicza] Victoriae Deorum, więc za defektowy z Koprzywnicy wydrwię co znacznego od ks. Ostrowskiego w Krakowie[17]. W innym liście: W Opatowcu z dominikanami i z kanonikiem mogłem, com chciał dokazać, ale nie było co wziąć, wyjąwszy caluteńki piękny egzemplarz dawnej edycji kazań niedzielnych Skargi i niektóre dawne druki.

Przeglądarka może nie wspierać wyświetlania tego obrazu.
Fot. 3. Rękopis Słownika Języka Polskiego, litera N, karta 195.

I dalej, u franciszkanów w Krakowie pozwolono Lindemu przejrzeć księgozbiór, a nawet wybrać interesujące pozycje, ale nie pozwolono ich zabrać ani nawet spisać: Cudem przecież mi się udało smykać: Łukasza Górnickiego rozmowę złodzieja z czartem in quarto, pisemko bardzo ciekawe, i jeszcze trzy insze kawałki i wierszem i prozą pisane, których nie mając na dorędziu, bom je u Iżyckiego zakopał dla bezpieczeństwa, nie opiszę[18]. Ten ostatni sposób, smykanie, Lindemu przez lata nie dawał spokoju, bo gdy w 1815 r. w artykule o Literaturze rosyjskiej powtórzył wiadomość podaną przez rosyjskiego bibliografa Wasilija Stiepanowicza Sopikowa, że cudzoziemcy zatrudnieni w bibliotece Cesarskiej Akademii Nauk w Petersburgu w swoim czasie ukradli i sprzedali wszystkie rękopisy, opatrzył ją następującym komentarzem: Jeżeli u nas w Polszcze literackie działy się kradzieże, to przez krajowców, dla krajowców i dla krajowego użytku[19].

Podobnie jak w Bibliotheca Polona w listach Linde zamieszczał niezbyt liczne informacje o stanie, w jakim pozyskiwana książka się znajduje. Drugim sposobem nabywania książek dla biblioteki Ossolińskiego był zakup u księgarzy i na aukcjach. W czerwcu 1800 r. Linde na aukcji księgozbioru kanonika krakowskiego Kazimierza Ostrowskiego zakupił 94 książki polskie, 287 „innych” i 27 rękopisów. Na początku 1797 r. księgarz wrocławski Wilhelm Bogumił Korn zaproponował Lindemu wydanie jego słownika jako słownika polsko-niemieckiego i niemiecko-polskiego. W dopisku do pierwszego z omawianych tu artykułów Korn zapowiadał, że pierwszy tom ukaże się już na świętego Michała tegoż roku. Była to zapowiedź niemożliwa do wykonania. Nic z tego nie wyszło. Ossoliński popierał tę inicjatywę, bo uważał, że w ten sposób ukaże się właściwie zeszyt próbny. Propozycja Korna zmusiła Lindego do podjęcia prac nad przygotowaniem rękopisu słownika, bo do tej pory zbierał tylko na luźnych kartkach materiały w postaci wypisów z wybranych dzieł.

Przeglądarka może nie wspierać wyświetlania tego obrazu.
Fot. 4. Rękopis Słownika Języka Polskiego, litera N karta 198, interfoliowana.

Prawdopodobnie w 1798 r., a na pewno w roku następnym, Linde zaczął pisać pierwszą wersję słownika. Praca posuwała się wolno, bo równolegle dalej zbierał materiały, zwoził książki, aby z nich czynić wypisy. W krótkim czasie porzucił myśl o opracowywaniu najpierw pierwszej redakcji, a następnie drugiej udoskonalonej. Słownik stawał się ogromny i gdyby autor chciał go przynajmniej dwa razy redagować, zajęłoby mu to zbyt wiele czasu. Linde ostatecznie spisał, przynajmniej dla 2/3 swego dzieła, tylko jedną redakcję, ale bardzo trudną dla zecerów, którzy musieli ją odczytywać. Dwa duże marginesy niejednokrotnie nie mieściły wszystkich uzupełnień połączonych z tekstem przy pomocy bogatego zestawu znaków korektorskich używanych do dziś przy poprawianiu tekstów przed ostatecznym ich wydrukowaniem. Dla pomieszczenia wszystkich uzupełnień w rękopisie Linde przeznaczył do każdej kartki z tekstem kartkę czystą na późniejsze dopiski. Pracę nad rękopisem zakończył prawdopodobnie w połowie 1813 r., gdy był już bardzo zaawansowany druk ostatniego tomu słownika.

Po zakończeniu druku niezapisane strony rękopisu Linde wykorzystywał jako papier do spisywania innych swoich prac. Biblioteka Jagiellońska przechowuje 2172 kart, co stanowi ok. 20% całego rękopisu. Tyle się zachowało. Gdy prace nad rękopisem były bardzo zaawansowane, Linde i Ossoliński zaczęli szukać możliwości wydrukowania słownika. Nie posiadali dość pieniędzy. Uzyskali zapewnienia Adama Kazimierza Czartoryskiego, ordynata Stanisława Zamoyskiego, Marceliny Worcellowej, że na koszty druku dadzą razem 5000 reńskich, Ossoliński też zadeklarował niemałą sumę. Car Aleksander I na skutek starań Adama Jerzego Czartoryskiego przekazał na ten cel 500 dukatów, a biskup wileński Jan Nepomucen Kossakowski – 100 dukatów.

Przeglądarka może nie wspierać wyświetlania tego obrazu.
Fot. 5. Słownik języka polskiego. T. 3 (vol. 5) : R-T, s. 336 z hasłem: smyk, smykać. Drukarnia XX Piiarów Warszawa 1812. Zob. w: KPBC Tryb dostępu: http://kpbc.umk.pl/dlibra/docmetadata?id=13038&tab=1

Po przyjeździe Lindego do Warszawy okazało się, że najlepsze polskie drukarnie nie mogły się podjąć druku jego dzieła. Na początku 1804 r. zawarł umowę z Drukarnią Pijarską w Warszawie, ale musiał jej dostarczyć na swój koszt odpowiedniego zasobu czcionek, papieru i zecerów. Na papier starczyło pieniędzy, ale na czcionki zabrakło. Wówczas Czartoryski przekazał Lindemu 4000 talarów. Czcionki zostały sprowadzone z Lipska od Breitkopfa, stamtąd też przybyli dwaj zecerzy, a papier ratami był sprowadzany z Berlina. Ponad 2 lata trwały przygotowania. Druk słownika rozpoczęto 20 maja 1806 r. w nakładzie 1200 egzemplarzy (1000 na zwykłym papierze, a 200 na welinie). Dla usprawnienia druku, 31 sierpnia 1807 r., Linde przeniósł warsztat drukarski do swego mieszkania w Pałacu Saskim, gdzie mieściło się Liceum Warszawskie, którym kierował. Warsztat zwrócił pijarom, gdy drukował ostatni tom. Drukarnia Pijarska zakończyła Słownik w lutym 1815 r.

W 1804 r. Linde wydał dwa prospekty (polski i niemiecki). Ogłosił w nich prenumeratę na Słownik, który miał kosztować 10 dukatów za jeden egzemplarz. Była to wówczas najwyższa cena polskiej książki. Sprzedał, dzięki pracy co najmniej kilkunastu osób w różnych częściach ziem polskich, w prenumeracie około 350 egzemplarzy. Najbardziej znanymi i oddanymi tej pracy byli Jan Śniadecki w Wilnie, wówczas rektor Uniwersytetu Wileńskiego i Jerzy Samuel Bandtkie, bibliotekarz Biblioteki Jagiellońskiej i profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dzięki Śniadeckiemu niemal wszystkie szkoły Wileńskiego Okręgu Naukowego posiadały Słownik Lindego. W 1817 r. car zakupił dla tego okręgu 98 egzemplarzy. Dzięki temu Słownik otrzymały wszystkie szkoły, a niektóre miały nawet po dwa egzemplarze[20]. Bardzo nieliczne szkoły z pozostałych ziem dawnej Rzeczypospolitej mogły zakupić Słownik, zaś Gimnazjum w Toruniu otrzymało go w darze od autora.

Od 1797 r. przez 18 lat Linde prowadził bardzo przemyślaną akcję promocji swego Słownika. Przed jego wydaniem starał się zaprezentować publiczności jako filolog z uniwersyteckim dyplomem, znający dobrze język i piśmiennictwo polskie oraz obce a także polskie słowniki, informował, że ma dostęp do zasobnej biblioteki pozwalającej mu dokonać należytego doboru źródeł. Później, gdy w czasie druku wystąpiły niedostatki pieniędzy na jego kontynuowanie, starał się w inseratach ogłaszanych w gazetach o pozyskanie nowych prenumeratorów. Dzięki pomocy przyjaciół udało mu się szczęśliwie dzieło zakończyć. Słownik Linde sprzedawał do końca życia. Gdy zmarł 8 sierpnia 1847 r. do sprzedania pozostało jeszcze 9 egzemplarzy. Warszawskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk 5 marca 1815 r. uczciło zakończenie druku Słownika uroczystym obiadem, a przyjaciele zebrali pieniądze na złoty medal Za Słownik polskiego języka Ziomkowie. 1816, który wykonał warszawski medalier Karol Baerend. Medal wręczono uroczyście w czasie publicznego popisu uczniów Liceum Warszawskiego we wrześniu 1816 r. Prace Lindego z książką i dla książki po zakończeniu wydawania Słownika języka polskiego wymagają, aby im poświęcić nie mniej miejsca.

Przypisy

[1] JABŁOŃSKA, Władysława (zebr. i oprac.). Korespondencja Józefa Maksymiliana Ossolińskiego. Wrocław: Zakł. Narod. im. Ossolińskich 1975, s. 53-55.

[2] Bibliotheca Polona. Rękopis z Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu, sygnatura 1221/I-1242/I.

[3] PTASZYK, Marian. Prospekty Słownika polskiego wyrazów zadawnionych i teraz używanych Samuela Bogumiła Lindego z 1797 r. Ze skarbca kultury 1983, z. 38, s. 138-164.

[4] PTASZYK, Marian. Prospekty, op. cit. s. 141, 152.

[5] PTASZYK, Marian. Uwagi do dziejów Słownika Lindego. Czasopismo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich 1992, z. 1, s. 58-59.

[6] PTASZYK, Marian. Prospekty, s. 158-159, 162; LINDE, Samuel Bogumił. Bibliotheca Polona, t. XVII, k. 329.

[7] J. M. Ossoliński do T. Czackiego 23 IV 1798 r. In Korespondencja Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, s. 71-73; T. Czacki do J. M. Ossolińskiego 28 IV 1798 r. In PTASZYK, Marian. Zapomniane Listy z korespondencji Józefa Maksymiliana Ossolińskiego. Ze skarbca kultury 1977, z. 29, s. 106-110; LINDE, Samuel Bogumił. op. cit., k. 149; S. B. Linde do J. M. Ossolińskiego 20 VII 1799 r. In Korespondencja Józefa Maksymiliana. Ossolińskiego, s. 93.

[8] PTASZYK, Marian. Prospekty, s. 146, 163. LINDE, Samuel Bogumił. Bibliotheca Polona, t. XVI, k. 224-225; t. VIII, k. 139.

[9] S. B. Linde do A. K. Czartoryskiego 8 VIII 1801 r. In Biblioteka Czartoryskich w Krakowie, 6040, s. 372; J. M. Ossoliński do A. Stadnickiego 25 V 1800 r. In Korespondencja Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, s. 114.

[10] PTASZYK, Marian. op. cit. s.142.

[11] Ich nenne jetzt blos die Namen der Schriftsteller; in der Einleitung zu dem Werke selbst, wird man über jeden die nöthige Askunft finden. In PTASZYK Marian, op. cit. s. 139 i 142.

[12] POTOCKI, Ignacy. Zapytania dołączone do jego listu do Lindego 27 III 1804 r. In Biblioteka Polskiej Akademii Nauk w Krakowie, 718, k. 105.

[13] ŻBIKOWSKA-MIGOŃ, Anna. Książka naukowa w kulturze polskiego Oświecenia. Warszawa, Wrocław : PWN, 1977, s. 74.

[14] PTASZYK, Marian. Rękopis Słownika Lindego. Roczniki Biblioteczne 1994, R. XXXVIII, z. 1-2, s.115, w tej książce s. 40; HRABEC S., PEPŁOWSKI F., Wiadomości o autorach i dziełach cytowanych w „Słowniku” Lindego. Warszawa : Wiedza Powszechna, 1963, s. 8.

[15] S. B. Linde do J. M. Ossolińskiego 5 VIII 1799 r. In Korespondencja Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, s. 99.

[16] Przykładem takiego rewersu jest dokument zostawiony przez Lindego cystersom w Koprzywnicy 12 VII 1799 r. In Korespondencja Józefa Maksymiliana. Ossolińskiego, op. cit. s. 90.

[17] S. B. Linde do J. M. Ossolińskiego 20 VII 1799 r. In op. cit. s. 93.

[18] S. B. Linde do J. M. Ossolińskiego 25 VIII 1799 r. In op. cit. s. 103, 104.

[19] LINDE, Samuel Bogumił. O literaturze rosyjskiej. Pamiętnik Warszawski 1815, t. 2, s. 419.

[20] PTASZYK, Marian. Słownik języka polskiego Samuela Bogumiła Lindego, Toruń UMK 2007, s. 235-237.

 Początek strony



Linde – człowiek książki / Marian Ptaszyk// W: Biuletyn EBIB [Dokument elektroniczny] / red. naczelny Bożena Bednarek-Michalska. - Nr 5/2007 (86) czerwiec. - Czasopismo elektroniczne. - [Warszawa] : Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich KWE, 2007. - Tryb dostępu: http://www.ebib.info/2007/86/a.php?ptaszyk. - Tyt. z pierwszego ekranu. - ISSN 1507-7187