Nr 3/2006 (73), Open Access i inicjatywy pokrewne. Warto wiedzieÄ | |
BĹaĹźej Feret
| |||
Czy zdarzyĹo siÄ PaĹstwu kiedyĹ ĹciÄ gaÄ muzykÄ lub filmy z Internetu? A jeĹli tak, to czy czuliĹcie siÄ przy tym nieswojo, z uczuciem, Ĺźe popeĹniacie przestÄpstwo? A nawet jeĹli nie przestÄpstwo, to czy przynajmniej nie mieliĹcie wraĹźenia, Ĺźe postÄpujecie w sposĂłb spoĹecznie naganny, poniewaĹź odbieracie twĂłrcom ciÄĹźko zapracowane pieniÄ dze? Albo inna sytuacja: czy ktoĹ z PaĹstwa, zarzÄ dzajÄ cych bibliotekami, zastanawiaĹ siÄ, czy zezwoliÄ na instalowanie i uĹźytkowanie na bibliotecznych komputerach âinternetowychâ oprogramowania do wymiany plikĂłw w sieci? PrzecieĹź takie zezwolenie mogĹoby siÄ skoĹczyÄ wymianÄ chronionych licencjami i prawami autorskimi plikĂłw, przez co naraziÄ na nieprzyjemnoĹci nie tylko uĹźytkownika (jeĹli byĹby do zidentyfikowania), ale takĹźe bibliotekÄ. ProszÄ siÄ nie niepokoiÄ. Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana niĹź prĂłbujÄ to zaprezentowaÄ potÄpiajÄ ce takie postÄpowanie media, niektĂłrzy prawnicy, a przede wszystkim wydawcy, producenci i poĹrednicy w obrocie dobrami objÄtymi prawami autorskimi. Najprostszym zobrazowaniem, jak bardzo niejednoznaczny moĹźe byÄ ostateczny efekt pozornego âpiractwaâ, jest przykĹad mojej siedemnastoletniej cĂłrki, ktĂłra ĹciÄ gnÄ wszy programem peer-to-peer jednÄ , a potem drugÄ pĹytÄ jej ulubionego zespoĹu, tak siÄ do koĹca w ich muzyce zakochaĹa, Ĺźe jej aktualnym celem jest zgromadzenie wszystkich ORYGINALNYCH pĹyt, nawet jeĹliby miaĹa na to wydaÄ wiÄkszoĹÄ swoich (i moich) oszczÄdnoĹci... Tak wiÄc mamy tu przypadek odwrotny zamiast pozbawienia twĂłrcĂłw ich dochodu (a przede wszystkim poĹrednikĂłw) - czysty zysk. Nie byĹoby to moĹźliwe, gdyby wymiana plikĂłw w sieci nie istniaĹa. WĹaĹnie o takich problemach opowiada ksiÄ Ĺźka Lawrenca Lessiga Wolna kultura. Autor wyjaĹnia historyczne i dzisiejsze znaczenie oraz interpretacjÄ takich pojÄÄ, jak âwĹasnoĹÄâ, âpiractwoâ, âcopyrightâ czy âdozwolony uĹźytekâ. Przedstawia fascynujÄ ce historie o ewolucji przemysĹu mediĂłw, przy czym â jak siÄ okazuje â w wielu przypadkach postÄp w danej dziedzinie nastÄ piĹ dlatego, Ĺźe na pewnym etapie rozwoju ktoĹ uczyniĹ coĹ, co dziĹ zakwalifikowalibyĹmy jako przestÄpstwo przeciwko prawom autorskim... Tak wiÄc historia wielu wynalazkĂłw jest czÄsto historiÄ wykorzystywania cudzych, âniedokoĹczonychâ pomysĹĂłw, a takĹźe historiÄ omijania lub wrÄcz Ĺamania obowiÄ zujÄ cych praw autorskich. Jak pisze Lessig: JeĹli âpiractwoâ oznacza uĹźywanie czyjejĹ wĹasnoĹci twĂłrczej bez pozwolenia â jeĹli teoria âtam gdzie wartoĹÄ, tam prawoâ jest prawdziwa â to historia przemysĹu medialnego jest historiÄ piractwa. KaĹźdy istotny sektor dzisiejszych âwielkich mediĂłwâ â filmowy, nagraniowy, radiowy, telewizji kablowej â narodziĹ siÄ w pewnym sensie z piractwa, jeĹli zdefiniujemy je tak jak wyĹźej. Dotychczas piratom minionego pokolenia udawaĹo siÄ doĹÄ czyÄ do dzisiejszej Ĺmietanki towarzyskiej. ProszÄ nie zrozumieÄ mnie Ĺşle. Nie namawiam PaĹstwa do Ĺamania praw autorskich i popeĹniania przestÄpstwa choÄby w dobrej wierze posuniÄcia naprzĂłd, np. Ĺwiatowego bibliotekarstwa. Nie czyni tego takĹźe Lawrence Lessig. Chodzi raczej o zastanowienie siÄ, kto i dlaczego w danym momencie historii tak skonstruowaĹ prawo autorskie, Ĺźe postÄpowanie, ktĂłre kiedyĹ byĹo (lub dziĹ w innym miejscu Ĺwiata nadal jest) akceptowalne czy nawet chwalone, staĹo siÄ w USA czy Polsce przestÄpstwem. Czy nie jest tak, Ĺźe prawo autorskie, ktĂłre powstaĹo jako narzÄdzie ochrony interesĂłw twĂłrcĂłw, a jednoczeĹnie stymulujÄ ce twĂłrczoĹÄ, sĹuĹźy dziĹ raczej ochronie interesĂłw wydawcĂłw i poĹrednikĂłw? Czy to nie autor powinien decydowaÄ, jak jego dzieĹo moĹźe byÄ uĹźywane? Czy wĹasnoĹÄ intelektualna ma byÄ ĹciĹle i restrykcyjnie chroniona tak, by nie moĹźna byĹo tworzyÄ nowych dzieĹ, wykorzystujÄ c istniejÄ cy dorobek kultury? Jak skomplikowana jest materia niech Ĺwiadczy nastÄpujÄ cy fragment: W jÄzyku potocznym okreĹlenie prawa autorskiego jako prawa âwĹasnoĹciâ moĹźe byÄ nieco mylÄ ce. Prawo autorskie jest bowiem dziwnÄ formÄ wĹasnoĹci. Sam pomysĹ, Ĺźe dowolna idea albo jej wyraĹźenie mogÄ byÄ posiadane na wĹasnoĹÄ, jest bardzo dziwny. WynoszÄ c z twojego ogrĂłdka stolik ogrodowy, doskonale zdajÄ sobie sprawÄ, co zabieram. WynoszÄ przedmiot, stolik, na skutek czego ty przestajesz go mieÄ. Trudniej zrozumieÄ, co zostaje zabrane, jeĹźeli podchwycÄ twĂłj dobry pomysĹ, aby wstawiÄ do ogrĂłdka stolik, a potem udam siÄ do sklepu, kupiÄ stolik i postawiÄ go we wĹasnym ogrĂłdku. Co zabraĹem ci w tym przypadku? Ale chodzi teĹź o to, czy wybĂłr pomiÄdzy âAll rights reservedâ (gdzie z dzieĹa moĹźna korzystaÄ jedynie w ramach zdefiniowanych prawnie âlicencji ustawowychâ), a anarchiÄ , gdzie kaĹźdy moĹźe zrobiÄ wszystko z twĂłrczoĹciÄ innych, jest jedynym moĹźliwym wyborem. Autor â twĂłrca i orÄdownik wprowadzenia nowych modeli licencjonowania prawa autorskiego â dowodzi, Ĺźe nie jest. WyjaĹnia, na czym polega coraz popularniejsza licencja âsome rights revervedâ (niektĂłre prawa zastrzeĹźone) bÄdÄ ca efektem inicjatywy Creative Commons. NawoĹuje do utworzenia szerokiego ruchu na rzecz tworzenia takiego prawa autorskiego, ktĂłre dawaĹoby twĂłrcom moĹźliwoĹÄ wyboru, w jakim zakresie uĹźytkownicy bÄdÄ mogli ich utwĂłr wykorzystywaÄ i z niego czerpaÄ. W takim wĹaĹnie poĹrednim modelu widzi Lessig osiÄ gniÄcie pokoju w toczÄ cej siÄ wojnie pomiÄdzy oczekujÄ cymi wolnej (czytaj: bezpĹatnej) kultury uĹźytkownikami Internetu a stojÄ cymi na straĹźy interesĂłw twĂłrcĂłw (czy aby tylko?!) stowarzyszeĹ zarzÄ dzajÄ cymi prawami. BÄdÄ c w zgodzie z zasadami Creative Commons, Wolna kultura ukazaĹa siÄ zarĂłwno w wersji drukowanej (pĹatnej), jak i elektronicznej (bezpĹatnej) â dostÄpnej na stronie wydawcy (WSiP)[1]. KsiÄ ĹźkÄ czyta siÄ jak kryminaĹ. Nic dziwnego. Co chwila odwoĹuje siÄ ona do historycznych procesĂłw sÄ dowych, choÄ opisywanych przez prawnika, to jakĹźe wciÄ gajÄ cych. MyĹlÄ, Ĺźe lektura Wolnej kultury da kaĹźdemu z nas wiele do myĹlenia. Nie jest to bowiem ksiÄ Ĺźka jedynie o Internecie i prawie autorskim, ale o kulturze i kierunku, w jakim ona zmierza w Ĺwiecie wszechobecnej informacji elektronicznej. ĹťyczÄ przyjemnej lektury! RecenzjÄ przygotowaĹ BĹaĹźej Feret, ĹĂłdĹş, marzec 2006 [1] Przypis redaktora naczelnego Biuletynu EBIB: |
| |||