ebib 
Nr 3/2001 (21), Projekty menedżerskie dla bibliotek. Polityka
 poprzedni artykuł następny artykuł   

 


Jadwiga Kołodziejska
Biblioteka Narodowa

Polityka - pieniądze i biblioteki




W 1989 roku bibliotekarze byli pewni, że czas podporządkowania bibliotek ideologicznym naciskom minął bezpowrotnie, że teraz będzie mądrzej, racjonalniej i bardziej kompetentnie. Nadzieje te spełniły się częściowo. Zniesienie cenzury, powstanie autentycznego rynku książki, swoboda w zakupach nowości wydawniczych, otwarcie okien (a nie jak dotychczas lufcika) na bibliotekarstwo światowe i wiele innych zmian, należy ocenić pozytywnie. Jednak już w pierwszych latach dziewięćdziesiątych pojawiły się sygnały, które powinny zabrzmieć niczym dzwonki alarmowe. Prawdopodobnie umknęły jednak uwadze bibliotekarzy, na zasadzie: wyrwaliśmy się z kręgu ideologicznego i teraz "róbmy swoje". Nikomu nie przyszło wówczas do głowy, że od polityki nie da się uciec i że wpadamy w objęcia ideologii, tyle że diametralnie przeciwstawnej do tej, którą znaliśmy.

Mało kto zwrócił uwagę na hasło "Najpierw gospodarka", zdobiące plakat wyborczy Hanny Suchockiej w 1993 roku. Tonął wśród innych propagandowych plakatów, ale jego myśl przewodnia zadecydowała o dzisiejszych problemach bibliotekarstwa. Nikt racjonalnie myślący nie mógł kwestionować ważności gospodarki i konieczności jej przebudowy, odejścia od księżycowej ekonomii, planowania produkcji i dystrybucji, w których kupno rolki papieru toaletowego przypominało polowanie na meteoryty. To "najpierw" znaczyło już wówczas, że wszelka oświata, nauka i kultura - w tym również biblioteki - mają siedzieć cicho i czekać, aż wzrośnie produkt krajowy brutto liczony na głowę, spadnie inflacja, zwiększy się konkurencyjność rodzimej produkcji na rynkach światowych, umocni złotówka itp.

Hasło to miało się nijak do struktury wykształcenia i kwalifikacji zawodowych, odziedziczonych po socjalizmie, w której 60% ogółu obywateli miało ukończoną (albo i nie) szkołę podstawową oraz zasadniczą szkołę zawodową, a tylko niecałe 7% miało wyższe wykształcenie. Przy takich podstawach oświatowych nawet laik w dziedzinie gospodarki mógł mieć wątpliwości, co do jej możliwości rozwojowych.

Z latami przyszło otrzeźwienie i zaczęto deklarować poparcie dla społecznych aspiracji edukacyjnych, traktując je jako ważne inwestycje w kapitał ludzki (samo określenie jest paskudne), ale już było za późno, bowiem niedokształcone rzesze zwalnianych pracowników najemnych stanęły w długich, i z każdym rokiem dłuższych, kolejkach do urzędów zatrudnienia i po zasiłki dla bezrobotnych. W tej sytuacji wątpliwy wydaje się postulat Leszka Balcerowicza (Mowa ojczysta. Wprost 2001, nr 9), żeby przedstawić jasną strategię wyrównywania szans, aby ludzie o podobnych cechach osobowościowych mieli podobne szanse na realizowanie swoich życiowych planów. Główną płaszczyzną takiego działania jest reformowanie oświaty i usuwanie przeszkód w dostępie do edukacji. Tylko przyklasnąć.

Równe szanse, to jednak nie tylko nauka w szkole, ale również dostęp do książek, słowników, encyklopedii, map, które powinny być w bibliotece, możliwość spotkania z pisarzem, obejrzenia wystawy, wysłuchania koncertu, udziału w dyskusji, zobaczenia przedstawienia w teatrze i dobrego filmu. Jak się mają te możliwości do systematycznego zamykania bibliotek publicznych na wsi, braku pieniędzy na zakupy nowości wydawniczych, zwalniania z pracy co aktywniejszych bibliotekarek? Leszek Balcerowicz przeciwstawia się wspieraniu ze środków publicznych inicjatyw, ważnych z punktu widzenia niektórych grup społecznych. Bądźmy konsekwentni, nie czytajmy czasopism i książek, nie wspierajmy bibliotek, ani czytelnictwa, tylko nie dziwmy się, że połowa bezrobotnych nie może podjąć żadnej pracy, poza kopaniem rowów, bo nic nie umie.

Trudno posądzić nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych Georga W. Busha, że nie docenia gospodarki albo, że jest zwolennikiem omnipotencji państwa, ale jego główne hasło nazajutrz po objęciu prezydentury brzmi Szkoły, głupcze (Polityka 2001 nr 8). Po prostu dlatego, że zarówno prezydent, jak i jego kompetentni doradcy wiedzą, że w tym najbogatszym kraju świata 70% czwartoklasistów ma problemy z czytaniem. Oni wiedzą, że z dystansów oświatowych biorą się: bieda, bezdomność, narkotyki, agresja i wszelakie przestępstwa. I są zdecydowani na działania, które skalę tych społecznych patologii powinny umniejszyć.

Dla naszych domorosłych liberałów fakt, że głowa światowego supermocarstwa troszczy się, by wszystkie dzieci w ciągu pierwszych trzech lat nauczyły się sprawnie czytać i pisać wydaje się niepojęte. Słyszymy przy różnych działaniach, że państwa ma być coraz mniej, a pracowników w sektorze usług publicznych (a więc i bibliotekarzy też) powinno ubywać. Nie da się jednak ograniczyć roli państwa jedynie do dbałości o wojsko, granice i podatki. Ta era skończyła się już w czasach Bismarka. Liberalizm (ten oświeceniowy), socjalizm, socjaldemokracja, związki zawodowe, stowarzyszenia wszelakie wymusiły na państwie poszerzanie jego odpowiedzialności za oświatę, ochronę zdrowia, ubezpieczenia społeczne, za ludzi chorych, kalekich i takich, co nie radzą sobie w życiu, bo są słabsi w porównaniu z innymi. Trzeba wreszcie uznać, że nie da się żyć w kraju, w którym państwo zrezygnowało z pełnienia swoich powinności, a wolna gra rynkowa wypchnęła na społeczne obrzeża setki tysięcy ludzi, wyznaczając im status wykluczonych. Zaprzecza to bowiem autentycznej demokracji, w której każdy człowiek powinien mieć warunki do uczestniczenia w działalności społecznej, kulturalnej i politycznej. Ludzie muszą wiedzieć, dlaczego tracą pracę i czy fakt ten jest nieuchronny. Muszą też wiedzieć, dlaczego zamyka się bibliotekę, którą mieli w pobliżu i mogli korzystać z jej usług. Mało kto wierzy tym, którzy obiecują gruszki na wierzbie, ale większość chciałaby wiedzieć, dlaczego ma zaciskać pasa, w imię czego i jak długo.

Biblioteka może ułatwić rozumienie tego, co się wokół dzieje. Nie tylko dzięki udostępnianym lekturom, ale również podejmowanym inicjatywom w postaci spotkań z twórcami, politykami, specjalistami gospodarczymi, samorządowcami, organizowanym wystawom, wycieczkom do teatrów, na koncerty itp. To właśnie w takiej formie realizują się jej podstawowe funkcje informacyjne i kulturalne.

Biblioteki polskie były przez niemal półwiecze zarządzane według zasad ekstensywnej gospodarki planowej. W praktyce oznaczało to, że im więcej nabytków w zbiorach i więcej czynności związanych z ich opracowywaniem, tym więcej etatów, a co za tym idzie większe nakłady finansowe. Takie widzenie rozwoju bibliotek utrzymuje się w dalszym ciągu. Sprzyja mu rzeczywiście dramatyczna sytuacja w budżetach małych i dużych bibliotek, wyzwalająca postawy roszczeniowe.

Coś się jednak zaczyna zmieniać w myśleniu o teraźniejszości i przyszłości bibliotek. Z ogromnym opóźnieniem, przynajmniej dwudziestoletnim w stosunku do bibliotekarstwa krajów zachodnich, pojawiają się prace, które torują drogę intensywnemu traktowaniu organizacji i biblioteki. Praca habilitacyjna dr Ewy Głowackiej: Studium zastosowania kompleksowego zarządzania (TQM) w bibliotekoznawstwie i informacji naukowej (Toruń 2000) wpisuje się w ten nurt i miejmy nadzieję, że będzie inspirowała podejmowanie badań w zakresie efektywności pracy biblioteki, zarówno przez same biblioteki, jak i akademickie ośrodki kształcenia bibliotekarzy. To jest propozycja, która może pomóc w przełamaniu i odejściu od badań księgoznawczych czy bibliologicznych, jak kto woli, z którymi to angielskie i amerykańskie ośrodki kształcenia bibliotekarzy rozstały się już w latach sześćdziesiątych. Wszystko to jest ponad wszelką miarę spóźnione, ale wsparcie ze strony grupki bibliotekarzy skupiających się wokół EBIB może okazać się skuteczne. W środowisku bibliotekarskim dominują dwie postawy wobec rzeczywistości politycznej i gospodarczej. Pierwsza, najliczniejsza, wiąże się z poczuciem zagrożenia dla bytu materialnego biblioteki i perspektywy własnej kariery zawodowej. Zachowania, które wyzwala nie różnią się od tych, które obserwuje się w przeciętnym państwowym przedsiębiorstwie. Można je podzielić na kilka faz. W pierwszej pozornie się nic nie dzieje. Biblioteka okopana w swojej tradycyjnej strukturze, zasłaniając się statutem niczym obrazem świętym wystawionym w oknie wiejskiej chałupy w czasie burzy, po prostu stara się przetrwać. I to się czasami udaje.

Faza druga ujawnia, że środki na utrzymanie biblioteki są systematycznie ograniczane. Brakuje pieniędzy na podwyżki, rewaloryzacje, premie i co gorsza, na tak zwaną działalność. Trudno się dziwić, że bibliotekarze zaczynają słać protesty do organów założycielskich, do Sejmu, Senatu, ministerstw i wszystkich świętych jeżeli, np. w szczecińskiej Miejskiej Bibliotece Publicznej płace stanowią 96% budżetu (Kurier Szczeciński 2001, 15 luty). Przeważnie nie otrzymują odpowiedzi, a jeżeli już, to w duchu "niech Pan Bóg opatrzy", bo my nie mamy środków żeby wam pomóc. Faza trzecia to zwolnienia, bez żadnego przemyślanego planu i zamykanie placówek lub łączenie ich z innymi instytucjami, co na jedno wychodzi. Warto zastanowić się więc, czy ta kolejność jest nieuchronna, czy nie można szukać innych sposobów ratowania bibliotekarskiego dorobku, zwłaszcza, że ograniczenia środków finansowych na utrzymanie bibliotek nie są wyłącznie polską specyfiką - tak się dzieje również w krajach znacznie od nas bogatszych.

W każdej dziedzinie nauki i w każdym zawodzie zmiany biorą swój początek w niezgodzie na rutynę, stereotypy, brak pomysłów, powielanie tematów, z których niewiele wynika. Nie inaczej jest w bibliotekarstwie. Niewielka, ale twórczo myśląca grupka bibliotekarzy, do których wypada zaliczyć Ewę Głowacką, Aleksandra Radwańskiego, Annę Sitarską, Henryka Hollendra, Andrzeja Tywsa, Małgorzatę Piekarską, Jerzego Maja, Annę Skubisz, Annę Filipowicz, Wojciecha Szymanowskiego i innych może poprzez dyskusję, spory, artykuły i kuluarowe rozmowy sprzyjać intelektualnemu rozwojowi środowiska bibliotekarskiego. Bibliotekarstwo polskie nie może dłużej pozostać bezbronne wobec nowych sytuacji politycznych, ekonomicznych i kulturalnych. Musi uzbroić się zarówno w myśl teoretyczną, jak i poszerzyć doświadczenia praktyczne w formie prac badawczych, programowych, eksperymentów itp. Słanie protestów, apeli, i innych tego typu suplik pozostawmy tym, którzy wierzą lub udają, że wierzą w ich skuteczność.

Warszawa, marzec 2001


Pierwotny adres: http://ebib.oss.wroc.pl/2001/21/polityka.html

 Początek strony



Polityka - pieniądze i biblioteki / Jadwiga Kołodziejska// W: Biuletyn EBIB [Dokument elektroniczny] / red. Bożena Bednarek-Michalska - Nr 3/2001 (21) marzec. - Czasopismo elektroniczne. - [Warszawa] : Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich. KWE, 2001. - Tryb dostępu: http://www.ebib.pl/2001/21/kolodziejska.php. - Tyt. z pierwszego ekranu. - ISSN 1507-7187