ebib 
Nr 2/1999 (2), Internet w bibliotekach. Artykuł
 poprzedni artykuł następny artykuł   

 


Jadwiga Wielgut-Walczak
Biblioteka Instytutu Informatyki Uniwersytetu Jagiellońskiego

Internet w polskich bibliotekach szkolnych i publicznych - szansa czy zagrożenie?




Przeważająca większość amerykańskich, kanadyjskich i zachodnioeuropejskich bibliotek szkolnych i publicznych ma dostęp do Internetu. Jest on również łatwo osiągalny dla każdego, kto tylko zechce podłączyć swój domowy komputer do sieci poprzez modem telefoniczny. Opłata nie stanowi tu bariery.

Spróbujmy sobie wyobrazić nasze dzieci mające praktycznie nieograniczony dostęp do tego wszystkiego, co oferuje Internet. Co tam znajdą? Wolny dostęp do światowej sieci powoduje, że znajdą tam rzeczy wspaniałe, ciekawe, piękne - oraz równocześnie złe i demoralizujące. Znajdą informacje kształcące i rozwijające ich umysł, ale także wszelkiego rodzaju nijakie śmieci i bynajmniej już nie nijakie przejawy dewiacji i zboczeń.

Trudno więc się dziwić zaniepokojeniu rodziców, opiekunów, wychowawców i nauczycieli. Jak ustrzec dzieci przed kolejną pułapką wolności ? Wprowadzić cenzurę obyczajową do Internetu? Jak to zrobić nie gwałcąc idei wolnego przepływu informacji? Pytania takie pojawiają się coraz częściej - zarówno w prasie, jak wewnątrz środowisk zawodowo zobowiązanych do odpowiedzialności za kształtowanie młodego pokolenia. Nie brakuje wśród tych głosów bibliotekarzy. Mało tego - to właśnie biblioteki publiczne i szkolne najgłośniej biją na alarm.

Dlaczegóż jednak to my mamy już dzisiaj zastanawiać się nad tym owszem, ważnym, lecz jak odległym od naszej rzeczywistości zagadnieniem? Wszak bardzo niewiele jeszcze komputerów w polskich bibliotekach szkolnych i publicznych, Internet wydaje się być hasłem dalekiej przyszłości. Czy warto więc zawracać sobie głowę problemem wolnego dostępu do informacji oraz niebezpieczeństw, jakie ta wolność niesie?

Otóż wbrew pozorom nie jest to temat dla naszej teraźniejszości abstrakcyjny. Z kilku powodów. Po pierwsze. Spójrzmy na Internet jako na kolejne medium. Inne, o nieporównywalnie większych możliwościach poznawczych, ale jednak po prostu - medium. A skoro tak, to czyż obca jest nam dyskusja o złym wpływie telewizji na bezkrytycznie oglądającą ją młodzież i dzieci? Czyż obca jest nam batalia o sposób dystrybucji filmów video lub czasopism - delikatnie mówiąc - swobodnych obyczajowo?

Jest to więc - generalnie rzecz biorąc - dyskusja o wolności, o dojrzałości potrzebnej do korzystania z niej, o mądrej cenzurze. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że piękna idea Internetu: powszechnego wolnego dostępu do informacji, swobodnej wymiany myśli i szybkiej komunikacji z całym światem - że ta idea ( jak zresztą wiele innych) może zostać łatwo wypaczona i zepsuta. Internet, właśnie dzięki swojej powszechności, mieści w sobie całą różnorodność świata, jego strony dobre i złe.

Proces wychowania polega na zbudowaniu właściwego systemu wartości. I nie może się obejść bez nieustannych wyborów: wzorców, sposobów postępowania, dróg realizacji. Tylko, że dotychczas decyzje takie - np. w bibliotece - o wyborze odpowiednich książek, czasopism, filmów zapadały z dala od czytelnika i nie wymagały w związku z tym bezpośrednich uzasadnień przed nim. Po prostu - pewne książki, czasopisma, filmy kupowało się do biblioteki, a inne nie. Młody czytelnik był w bibliotece bezpieczny, nie groziły mu tutaj złe wpływy. Mógł im ulegać gdzie indziej, w domu, u kolegów. To rodzice, wychowawcy mieli problem z odpowiednim dozowaniem telewizji, video, czasopism - bibliotekarz spał spokojnie.

I nagle wszystko się zmieniło. Po ustawieniu w czytelniach i bibliotekach komputerów podłączonych do Internetu spokój prysnął, tętniący życiem i problemami świat wtargnął pomiędzy ciche ściany. Oto uczeń w bibliotece szkolnej czy publicznej przegląda sobie np. instrukcję przygotowania środków narkotycznych, inny studiuje zdjęcia pornograficzne, jeszcze inny czyta jak własnymi siłami skonstruować ładunek wybuchowy. Tu już bibliotekarze i nauczyciele zaprotestowali. Tak być nie może.

Nie można spokojnie patrzeć, jak to wspaniałe narzędzie poznawania świata, ułatwiające niesłychanie komunikowanie się z nim - jak to wszystko nagle może również przynieść skutki negatywne. Jak temu zaradzić? Dyskusja trwa juz dłuższy czas - a nawet nasila się i rozszerza o nowe zagadnienia. Rozwiązanie znaleźć niełatwo. Spróbowano środka, wydawałoby się, najbardziej skutecznego - nałożenia na biblioteczne komputery programów filtrujących, tzn. nie dopuszczających do przeglądania stron zawierających np. zakazane słowa. Takie cenzurujące filtry działają, i owszem, bardzo sprawnie, ale przy okazji mechanicznie eliminują również wszystkie te strony, gdzie pojawi się zadane do wykreślenia słowo, nawet gdy występuje ono w zupełnie przyzwoitym kontekście. Wartościowanie tekstu przekracza już bowiem możliwości programu. Mimo tych mankamentów spora część bibliotek szkolnych i publicznych decyduje się na kroki tego rodzaju. Wywołuje to z kolei głośny sprzeciw innych.

Temat jest otwarty. Dla nas także. Widać to było na przykład po temperaturze dyskusji wywołanej odczytem "Problemy współczesnego bibliotekarstwa w Wielkiej Brytanii", prof. Paula Storges'a w oddziale krakowskim Polskiego Towarzystwa Bibliologicznego w roku ubiegłym. Mimo iż na sali znajdowali się przedstawiciele różnych rodzajów bibliotek, bynajmniej nie wyłącznie publicznych - przedstawione zagadnienie wzbudziło wielkie zainteresowanie. Co ciekawe, polaryzacja stanowisk w tym niewielkim audytorium ułożyła się bardzo podobnie do tej z szerokiej dyskusji prasowej wzmiankowanej powyżej. Obrońcy bezwzględnej wolności Internetu, zwolennicy cenzury, zwolennicy rekomendacji zamiast cenzury, itd., itd.

Dla mnie ta żywa reakcja jest bardzo ważnym symptomem. Widzę w niej realną szansę na pozytywne zaktywizowanie środowiska bibliotekarzy oraz szansę na przywrócenie zawodowi funkcji wychowawczej, która to funkcja od dawna już usunięta została w cień. I to jest druga ważna przyczyna, dla której warto się nad wielorakimi wpływami Internetu na naszą rzeczywistość zastanowić.

W dyskusji o niebezpieczeństwach Internetu to właśnie zagadnienie pojawia się coraz częściej: kim powinien być bibliotekarz - pośrednikiem czy wychowawcą? Powiększanie bibliotek, wzrastanie liczby czytelników i związane z tymi procesami przemiany cywilizacyjne wprowadzające stopniowo w coraz szerszym zakresie automatyzację usług bibliotecznych - wszystko to sprowadziło po trosze bibliotekarza do roli cichego pośrednika włączającego komputery i czuwającego nad tym, by sprawnie działały. Czytelnik mógł szukać sobie sam. Aż tu nagle okazało się, że może znaleźć za wiele, że pozostawiony sam na sam z komputerem może zapędzić się za daleko.

I w tym właśnie momencie bibliotekarz pojawia się przy swoim czytelniku. Dlaczego porzuca wygodną pozycję trzymania się z boku ? Ponieważ nieoczekiwanie poczuł się odpowiedzialny za to co dzieje się na jego "terenie". Dopiero sytuacja zagrożenia zmobilizowała go do zajęcia takiej postawy. Oczywiście nie znaczy to, że nie popełnia błędów, same intencje nie gwarantują przecież wyboru właściwej drogi. Jednak zauważenie, postawienie problemu to pierwszy bardzo ważny krok. Skuteczność następnych zależeć będzie od przemyślanego, konsekwentnego działania.

Sytuacja naszych bibliotek jest naturalnie inna; jest niewątpliwie dużo trudniejsza z powodu wieloletniego niedoinwestowania i niskiego prestiżu społecznego zawodu. Taka sytuacja w sposób nieuchronny wywołuje poczucie frustracji, rozgoryczenia - a już na pewno nie motywuje do działania.

Bardzo zależy mi na tym, żeby zwrócenie uwagi na niebezpieczeństwa jakie przynieść może ze sobą Internet nie spowodowało negatywnego nastawienia do Internetu w ogóle, żeby nie spowodowało przesadnej reakcji obronnej typu: jak to dobrze, że u nas nie ma jeszcze tego problemu, oby jak najdłużej nie było. Stałaby się duża szkoda, gdyby moja wypowiedź tak została odczytana. Dlatego podkreślam jeszcze raz : Internet daje nam niewyobrażalne więc korzyści poznawcze i wychowawcze - jeżeli nauczymy się odpowiednio z niego korzystać. Przede wszystkim zaś - jeżeli będziemy c h c i e l i go poznać, jeżeli przyjrzymy się mu bez niechęci - a dopiero potem spróbujemy wystawiać oceny.

Trudno przewidzieć, jak szybko komputery podłączone do Internetu będą czymś normalnym i powszechnym w polskich bibliotekach i czytelniach. Może szybciej niż przypuszczamy. Może, jeżeli już teraz nie będziemy się uchylali od postawienia sobie wprost pytania: jak powierzone mojej opiece dzieci uchronić i zahartować przed złym wpływem mediów? - kto wie, może nawet zechcemy przyśpieszyć ten moment?

Słowa "zechcemy" użyłam tu, rzecz jasna, nie w znaczeniu naszych możliwości decyzyjnych czy finansowych, bo te są najczęściej małe (choć uwaga: często nie doceniamy znaczenia własnej pomysłowości, inicjatywy). Użyłam go dla wyrażenia naszej akceptacji, chęci, wewnętrznej gotowości zmierzenia się z otaczającą nas rzeczywistością.

Które z cudzych doświadczeń - warto im się przyjrzeć - najchętniej wykorzystalibyśmy sami? Była już mowa o oprogramowaniu cenzorującym internetowe strony. Można pójść dalej i - jak sarkastycznie zauważa autor artykułu w New Scientist - po prostu wyłączyć komputer: W końcu, jedynym sposobem, by uzyskać 100 procent ochrony przed kontrowersyjnym materiałem z Sieci, jest wyłączenie twojego komputera[1]. Można wszakże, jak podpowiada tenże sam autor, spróbować jeszcze innej drogi - warto zastanowić się, czy nie najskuteczniejszej:

Cóż więc robią rodzice, nauczyciele i bibliotekarze? 'Serfują' razem z dzieckiem po tym najlepszym ze światów, dyskutując o wszystkich sprawach niepokojących i kontrowersyjnych. To zabiera czas[2].

Chodzi o czas, ale też i o nasze zakłopotanie. Zwyczajnie obawiamy się, czy sobie z tym wszystkim poradzimy. Z trudnymi pytaniami, z szukaniem na nie odpowiedzi, z brakiem odpowiedzi na niektóre z nich. Uważam, że każdy wysiłek włożony w poważne potraktowanie tego problemu stokrotnie się nam opłaci. Przez poważne potraktowanie rozumiem przede wszystkim chęć zrozumienia i akceptację świata młodego pokolenia czytelników. Akceptacja tego zupełnie innego dla nas świata bynajmniej nie oznacza pozwalania młodym ludziom na wszystko - oni sami zresztą wcale nie tego od nas oczekują.

Bardzo młody wiek, wiek szkolny, jest szczególnie wrażliwy na wszelkie przejawy naruszania jego godności, jest buntowniczy, samodzielny i ogromnie ciekawy nowości. Uszanuje zakaz, spełni prośbę jedynie wtedy, gdy mu je uzasadnimy, gdy wyczuje, że nam na nim naprawdę zależy.

Naprzeciwko tego bardzo młodego wieku stają bibliotekarze, pedagodzy, nauczyciele - równie, jeśli nie bardziej drażliwi na punkcie swojej pozycji zawodowej, prestiżu, autorytetu. Wydaje mi się, że nadarza się dobra okazja do pokojowego zetknięcia się tych tak odmiennych grup. Skoro komputery podłączone do Internetu ciągle jeszcze są synonimem nowoczesności - to powalczmy o tę nowoczesność w bibliotekach szkolnych i publicznych. Przyjrzyjmy się z ciekawością temu, czym pasjonują się nasze dzieci. One nam nawet na początku pomogą poruszać się po Internecie - i pozwólmy im sobie pomóc. To może być kolejna szansa na nawiązanie kontaktu, zdobycie zaufania i - w konsekwencji - pokierowanie ich zainteresowaniami.

To może być zarazem autentyczna szansa na dowartościowanie własnej pracy we własnych oczach. A z czasem pewnie i w cudzych. I to jest trzeci ważny powód zasadności przemyśleń i dyskusji o Internecie w powszechnie dostępnych dla młodzieży bibliotekach.



Przypisy

[1] David Brake, Collected works w: "New Scientist" 6 Sept. 1997 s. 46, [tłum. autorki]

[2] jw.

 Początek strony



Internet w polskich bibliotekach szkolnych i publicznych - szansa czy zagrożenie? / Jadwiga Wielgut-Walczak// W: Biuletyn EBIB [Dokument elektroniczny] / red. naczelny Szymon Matuszewski - Nr 2/1999 (2) maj. - Czasopismo elektroniczne. - [Wrocław] : Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1999. - Tryb dostępu: http://www.ebib.pl/1999/2/wielgut_walczak.php. - Tyt. z pierwszego ekranu. - ISSN 1507-7187