ebib 
Nr 2/1999 (2), Internet w bibliotekach. Artykuł
 poprzedni artykuł następny artykuł   

 


Aleksander Radwański
Instytut Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego
Zakład Narodowy im. Ossolińskich

Internet - źródło informacji czy narzędzie rozpowszechniania pornografii?




Internetowi zarzuca się często, że jest pełen wszelkich śmieci, że można znaleźć tam więcej pornografii i informacji dla terrorystów niż rzeczy naprawdę użytecznych. Tak twierdzą zazwyczaj ci, którzy Internet znają głównie z informacji prasowych, i to zwykle tych publikowanych w "sezonie ogórkowym".

Przyjrzyjmy się przykładowo owej pornografii, która ponoć zalewa Internet i brutalnie atakuje niewinnego Internautę. Najpierw należałoby zdefiniować pornografię, żebyśmy wiedzieli o czym mówimy. Pomimo wytężonego wysiłku prawników i seksuologów nie dopracowano się jednolitej definicji, która mogłaby rozstrzygać co jest już pornografią, a co tylko śmiałą erotyką. Zwykle przyjmuje się definicję operacyjną, która za pornografię uznaje obraz, tekst lub wypowiedź wywołującą podniecenie seksualne. Słabości takiej definicji są aż nadto oczywiste. Przykład fetyszystów, których podnieca damski pantofel, kazałby nam uznać za pornografię każdą reklamę damskich butów. Proponuję więc w ramach tego artykułu przyjąć, że pornografią będą wszelkie obrazy mające eksponować nagość, przedstawiające wszelkiego rodzaju akty seksualne, jak też teksty będące opisem takich aktów.

Pracowałem w Internecie już przeszło rok nie stykając się zupełnie z pornografią, kiedy dowiedziałem się z prasowych publikacji, że jest to poważny problem. Będąc gościem University of Strathclyde w 1995 roku miałem okazję często dyskutować z Paulem Burtonem, który żywo interesował się cenzurą w Internecie (zobacz: Controlling access to the Internet - http://www.dis.strath.ac.uk/control/), co zainspirowało mnie do poszukiwania miejsc podlegających takiej cenzurze. Poświęciłem więc jeden weekend, aby przekonać się jak z tą pornografią rzeczywiście jest.

Początkowo udało mi się dotrzeć do tzw. "miękkiej pornografii" pokrewnej rozkładówkom z Playboy'a czy Hustler'a. Dostęp nie był zbyt komfortowy, ponieważ na "ściągnięcie" jednego obrazka trzeba było czekać czasem kilka minut (pomimo względnie dobrze działającej sieci JANET - to znak, że serwery z kontrowersyjnymi obrazkami były mało wydajne lub bardzo obciążone). Sporo czasu zajęło mi dotarcie do bardziej "twardych" materiałów, w których przeważały informacje tekstowe. Bardzo szybko okazało się, że dryfując od jednej strony do drugiej trafia się ciągle w kilka kluczowych miejsc, których zasoby można przejrzeć w kilka godzin. Zapewne po zapisaniu się na kilka list dyskusyjnych łatwiej byłoby znaleźć bardziej efemeryczne serwery i więcej materiału. Nie byłem jednakże zainteresowany głęboką eksploracją materiałów pornograficznych, a tylko sprawdzeniem czy są łatwo dostępne i jaki jest ich charakter. Kiedy trzy miesiące później chciałem powrócić do odwiedzonych miejsc, zdecydowana większość z nich już nie istniała.

Drugi raz bardziej systematyczne poszukiwania powtórzyłem w końcu 1998 roku, zainspirowany, jak poprzednio, gromkimi głosami oburzenia na Internet, który stał się ponoć największym kanałem dystrybucji pornografii.
Sytuacja zmieniła się o tyle, że większość miejsc zawierających tego typu materiały miała wybitnie komercyjny charakter. Automatycznie otwierające się okna, dziesiątki "bannerów" z reklamami powodowały, że do pierwszego rzeczywiście pornograficznego zdjęcia można było dotrzeć dopiero po kilkunastu (lub więcej) minutach upartego wchodzenia coraz głębiej w system stron (po drodze trzeba było co najmniej kilka razy zdeklarować się, że jesteśmy dorośli i chcemy iść dalej). Obrazków do oglądnięcia było zwykle kilka na zachętę, potem należało płacić (zwykle za pomocą karty kredytowej). Innym rozwiązaniem stosowanym dla zabezpieczenia pornograficznych materiałów przed dostępem nieletnich było wykupienie specjalnego numeru w serwisie potwierdzającym, że jesteśmy dorośli (roczna subskrypcja kosztowała zaledwie kilka dolarów, ale znów trzeba było użyć karty kredytowej). Jednym słowem większość stron była dobrze uszczelniona i wyraźnie oznaczona charakterystycznymi terminami oraz znaczkami serwisów filtrujących (WizGuard, SurfWatch itp.). Zdarzały się również amatorskie strony seksualnych maniaków z obscenicznymi zdjęciami, ale dotarcie do nich wymagało dłuższej nawigacji w sieci i często były one montowane zwykle bez wiedzy administratorów serwerów (niektóre z darmowych serwerów WWW mają po kilkadziesiąt tysięcy użytkowników, nie da się monitorować wszystkich jednocześnie).
Można się o tym przekonać, kiedy link do reklamowanych stron kończy się na komunikacie, że strony właśnie usunięto, bo były niezgodne z zasadami korzystania z bezpłatnego serwera (zasady zwykle zabraniają rozpowszechniania pornografii, rasizmu i innych dyskusyjnych treści).

Przytoczyłem swoje doświadczenia w zakresie poszukiwania pornografii w Internecie, nie po to by do takich poszukiwań zachęcać (dlatego nie podałem żadnych konkretnych nazw bądź adresów), ale po to by zadać kłam kilku tyleż popularnym co fałszywym twierdzeniom.

Pornografia w Internecie jest łatwo dostępna. Tak. Pod warunkiem, że się jej uporczywie szuka i jest się gotowym za nią płacić. Nigdy nie zdarzyło mi się przypadkowo dostać w miejsce zawierające treści pornograficzne. Zawsze było to świadome i konsekwentne działanie. W ciągu kilku lat subskrypcji listy dyskusyjnej dla bibliotekarzy zajmujących się serwisem WWW (Web4Lib), tylko raz pojawił się przypadek, gdy środowisko bibliotekarskie zażądało zmiany nazwy www.nasa.com, która mogła być łatwo pomylona z www.nasa.gov. Pierwsza nazwa kierowała do materiałów "dla dorosłych", druga zaś do właściwej Amerykańskiej Agencji Aeronautycznej, znanej z ciekawych serwisów astronomicznych, intensywnie przeglądanych przez dzieci i młodzież. Nazwę zmieniono i wszyscy się uspokoili. Temat pornografii pojawia się regularnie, ale głównie w kontekście tego, czy biblioteki mają limitować dostęp do Internetu swoim czytelnikom, czy też nie. Zdania są podzielone.

Pornografia z Internetu atakuje nasze dzieci. Tak, jeśli damy naszym dzieciom wolną rękę. Pornografia może ich atakować jeszcze skuteczniej, jeśli postawimy na tej samej półce filmy video "dla dorosłych" i bajki. Jest w tej chwili szereg rozwiązań software'owych (np. NetNanny), które potrafią blokować dostęp do pornografii na poziomie pojedynczego komputera (mechanizm filtrowania jest też wbudowany w Internet Explorer) lub całej sieci lokalnej (zapewnia to np. Border Manager). Jest wreszcie coraz bardziej popularna autoryzacja w sieci wymagająca posiadania karty kredytowej, którą mają tylko dorośli. Jeśli nawet nasze dziecko użyje naszej karty, jest to sprawdzalne. Problem, tak często poruszany w różnych dyskusjach bibliotekarzy za granicą, nie dotyczy tego czy da się skutecznie zablokować dostęp do pornografii, ale czy wolno taką blokadę stosować wobec użytkowników bibliotek. Jedni twierdzą, że tak bo biblioteka, która nie prenumeruje "Playboya", nie musi udostępniać go również za pośrednictwem Internetu. Inni mówią, że stoi to w sprzeczności z prawem swobodnego dostępu do informacji, co jest jednym z filarów demokracji, do której np. bibliotekarze amerykańscy są bardzo przywiązani.

Pornografię można rozpowszechniać w Internecie bez żadnych ograniczeń. To jest już grube nieporozumienie. Ludziom, którzy czerpią informację o sieciach komputerowych z filmów sensacyjnych, może się wydawać, że Internet jest informacyjną dżunglą, w której można bez problemu ukryć nawet stado słoni. Owszem, można używać poczty, włamywać się do różnych systemów czy nawet założyć strony WWW pozostając anonimowym. Nie można jednakże "ukryć" w sieci całego serwera WWW, tym bardziej jeśli ma on sprawnie obsługiwać wielu użytkowników (wiedzą o tym doskonale użytkownicy nielegalnych, trudno dostępnych i wiecznie wędrujących serwisów). Budowa adresów IP powoduje, że zawsze można zidentyfikować administratora zarządzającego danym adresem oraz komputerem, który jest z nim związany. Zaś wobec administratora akceptującego nieograniczone rozpowszechnianie pornografii na jego serwerze można zawsze wyciągnąć konsekwencje lub podjąć kroki prawne. Dużo łatwiej jest anonimowo rozpowszechniać pornografię poprzez tradycyjne publikacje i filmy video. Wiedząc o tym, komercyjni dystrybutorzy pornografii ograniczają dostęp do swoich serwisów wyłącznie dla dorosłych.

Reasumując:
Jeśli ktoś czuje się osaczony przez pornografię w Internecie, to zachowuje się jak pijak, który biega dookoła okrągłego kiosku, krzycząc, że go w nim zamknięto. Nie pamiętam, kto wymyślił tę malowniczą metaforę, ale wydaje mi się, że znakomicie tu pasuje.

Przejdźmy do części drugiej.
Czy możemy traktować Internet jako wiarygodne źródło informacji?
Zwolennicy "teorii śmieci" podnoszą następujące kwestie:
1. Internet jest pełen błahych informacji, bo każdy grafoman może z łatwością upowszechniać swoje produkcje
2. ważne informacje mają wartość rynkową, są więc rozpowszechniane poza siecią
3. bardzo łatwo dokonać mistyfikacji przedstawiając nieistniejące odkrycia naukowe
4. znalezienie czegoś w Internecie graniczy z cudem
5. informacje pojawiają się i znikają z dnia na dzień - nie można sensownie katalogować zasobów Internetu

Spróbujmy przedyskutować powyższe punkty.

Ad.1. (...) każdy grafoman może z łatwością upowszechniać swoje produkcje
To niewątpliwie prawda. Uprawianie grafomaństwa środkami tradycyjnymi jest dużo bardziej kosztowne i kłopotliwe. Ale też dzięki łatwości publikowania w sieci mamy możliwość poznania twórczości wielu ludzi, której nigdy byśmy nie poznali za pomocą tradycyjnych mediów. Mamy też możliwość kontaktu z wieloma ludźmi na całym świecie, którzy podzielają nasze poglądy bądź zainteresowania. Nie jest to może źródło informacji w ścisłym znaczeniu, ale trudno odmówić mu wszelkiej wartości.

Ad.2. ważne informacje mają wartość rynkową, są więc rozpowszechniane poza siecią
To już tylko połowiczna prawda. Istnieje wiele miejsc w Internecie, które dostępne są odpłatnie, ponieważ zawierają ważną i dobrze opracowaną informację. Powstaje też coraz więcej dobrze opracowanej darmowej informacji tworzonej przez różne instytucje rządowe, uczelnie i biblioteki. Typowym przykładem jest American Memory (http://lcweb2.loc.gov/) - projekt wprowadzania do sieci wszelkich dokumentów ważnych dla historii Stanów Zjednoczonych. Wiele inicjatyw sponsorują duże firmy, takie jak Microsoft oraz muzea i biblioteki. Wystarczy odwiedzić Luwr (http://mistral.culture.fr/louvre/) lub Muzeum Watykańskie (http://www.christusrex.org/). Wszyscy bibliotekarze na świecie znają serwisy Biblioteki Kongresu (http://www.loc.gov/). Rocznie wydaje się na te przedsięwzięcia miliony dolarów. Gdy skonfrontujemy to z rachitycznym finansowaniem podobnych przedsięwzięć w Polsce, może będzie nam łatwiej zrozumieć, dlaczego trzeba dobrze znać angielski, by korzystać w pełni z Internetu.

Ad.3. (...) łatwo dokonać mistyfikacji
O możliwościach mistyfikacji w Internecie mówiono niejednokrotnie. Forma nastawiona na bieżącą informację oraz brak ścisłej weryfikacji przed publikacją sprzyjają oczywiście publikowaniu niesprawdzonych lub wręcz fałszywych treści. Trzeba jednak pamiętać, że na tradycyjnym rynku księgarskim również pojawiają się publikacje nie zweryfikowane, wyraźnie tendencyjne lub bezwartościowe. Jeśli ufamy wydawnictwom tradycyjnym, to dlatego, że znamy renomowanych wydawców oraz obdarzamy zaufaniem instytucje stojące za daną publikacją. W rzeczywistości w Internecie od dawna już zachodzi podobny proces. Nikt w tej chwili nie ufa informacji opublikowanej przez Ygreka Iksińskiego, nie wiadomo skąd, która jest umieszczona pod adresem www.polbox.pl/~iksiński (nie chcę w ten sposób deprecjonować zawartości serwera Polboxu, który zawiera wiele interesujących i rzetelnie opracowanych stron; wiadomo jednak, że jako darmowy serwer WWW może on też zawierać zupełne śmiecie).

Ad.4. znalezienie czegoś w Internecie graniczy z cudem
Jeśli potraktujemy Internet jak wielką, uniwersalną bibliotekę, to będzie to prawda. Trzeba też pamiętać, że większość wyszukiwarek wyszukuje po prostu pewien ciąg znaków, co w przypadku popularnych słów i fraz daje mało zadowalające rezultaty (np. kilkadziesiąt tysięcy trafień w odpowiedzi na pytanie). Jeśli więc szukamy w Internecie to musimy pamiętać, że najwięcej informacji dotyczy szeroko pojętej informatyki (od ofert firm komputerowych do darmowego oprogramowania), rozrywki oraz komercji (w Internecie można kupić wszystko, od żywności do luksusowych willi w Kaliforni). Publikacje naukowe, historyczne dokumenty źródłowe oraz serwisy z zakresu kultury i sztuki często mają wybiórczy charakter i rzadko kiedy tworzą kompletną całość (zwykle zachęcają do korzystania z tradycyjnych kolekcji). Wyjątki w postaci American Memory, której celem jest całościowa digitalizacja źródeł do historii Ameryki, czy projektu Gutenberg (http://www.gutenberg.net/), którego ideé fixe jest przeniesienie wszelkich tekstów literackich i historycznych do sieci, tylko potwierdzają ogólny stan rzeczy. Zasobami Internetu szczególnie rozczarowani bywają przedstawiciele nauk społecznych. Zupełnie inaczej oceniają je fizycy czy astronomowie, którzy znajdą prawie wszystko, czego szukają. Pamiętać więc należy, że w Internecie nie ma wszystkich informacji, zaś wyszukiwarki nie są specjalistami w interesującej nas dziedzinie. Zwykle korzysta się z różnorodnych spisów, wykazów i list, tworzonych przez instytucje i osoby zainteresowane daną tematyką. I tutaj jest wiele analogii do tradycyjnych form rozpowszechniania informacji. Jeśli czegoś poszukujemy, korzystamy przecież z bibliografii, katalogów i spisów. Jeśli coś nie jest cytowane lub odnotowane w bibliografiach i katalogach staje się nieosiągalne.

Ad.5. (...) nie można sensownie katalogować zasobów Internetu
Efemeryczność dokumentów w Internecie jest rzeczywiście problemem. Szczególnie jeśli chcemy je katalogować w taki sposób, jak kataloguje się zbiory tradycyjne. OCLC uruchomiło nawet projekt katalogowania z użyciem formatu MARC (http://www.oclc.org/oclc/man/catproj/catcall.htm). Wobec zasobów często zmieniających się takie katalogowanie jest prawdziwą syzyfową pracą, bo opisy będą się dezaktualizować z dnia na dzień. Są jednak w sieci również stabilne dokumenty, które nie zmieniają swojej zawartości ani położenia przez lata i mogą być tak samo skatalogowane jak publikacje tradycyjne. Wszystko wskazuje na to, że optymalnym rozwiązaniem jest "samokatalogowanie" czyli konsekwentne używanie metadanych (http://www.w3.org/Metadata/) w treści dokumentów elektronicznych. Jedną z bardziej znanych odmian metadanych jest Dublin Core (http://purl.oclc.org/dc/). Wtedy proces katalogowania może być w pełni zautomatyzowany i odbywać się cyklicznie (np. raz na dobę).

Podsumowanie:

Należy zwrócić uwagę, że krytycy informacyjnej wartości Internetu jako źródła, dokonują stałego porównywania zasobów sieci do tradycyjnych zbiorów dokumentów. Siłą i atrakcyjnością Internetu jest to, czego nie znajdziemy w tradycyjnym aparacie informacyjnym. Nie ma np. odpowiednika uniwersalnych wyszukiwarek. Musiałby to być gigantyczny indeks permutacyjny obejmujący całość produkcji wydawniczej (włącznie z czasopismami!), codziennie aktualizowany i uzupełniany. Oczywiście nie jest to doskonałe narzędzie. Ale w wielu przypadkach zupełnie wystarczające.

Druga rzecz to wielość powiązań umożliwiająca znalezienie interesujących nas zasobów po najmniejszym nawet "śladzie". Częściowo odpowiada to indeksowi cytowań, ale nie ma tu selekcji źródeł, jaka jest przeprowadzana np. w SCI. Czasem trafiamy jedynie na wypowiedź na liście dyskusyjnej, stamtąd do pierwszego serwisu na dany temat, potem do następnych. Świadomi tego hobbyści tworzą nawet coś w rodzaju wirtualnych zasobów o nazwie Web Ring, gdzie jeden system stron WWW odsyła do następnego, tamten dalej, aż do zamknięcia kręgu poprzez odesłanie do pierwszego. Nieważne od jakiego elementu kręgu rozpoczniemy. Zawsze znajdziemy cały zasób.

Trzecią cechą odróżniającą zasoby sieciowe od tradycyjnych jest dwustronna komunikacja. Można zawsze nawiązać bezpośredni kontakt z autorem elektronicznego dokumentu lub co najmniej z administratorem serwisu, w skład którego wchodzi dany dokument. Można wysyłać zapytania na listy dyskusyjne i otrzymać pomoc od wielu użytkowników sieci, z którymi nigdy nie nawiązalibyśmy kontaktu poprzez tradycyjne formy. Teoretycznie można wysłać list do autora lub wydawcy każdej publikacji tradycyjnej, nadać faks lub zadzwonić. Rozpytywać się poprzez kierowanie pism do różnych instytucji. Należy tylko zauważyć, że w sieci dzieje się to natychmiast i przy użyciu jednego medium.

Wszystkie te właściwości tworzą nową jakość i zmieniają proces informacyjny z biernego odbioru na dynamiczny proces komunikowania się. Tak postrzegany Internet staje się potężnym źródłem informacji i nie zmieni tego żadne opowiadanie o zalewaniu pornografią. Należałoby tylko doradzić owym "ofiarom" podstępnych sieci komputerowych, żeby nie pisali w wyszukiwarkach słowa "sex", a wtedy żadna pornografia nie będzie ich prześladować.

 Początek strony



Internet - źródło informacji czy narzędzie rozpowszechniania pornografii? / Aleksander Radwański// W: Biuletyn EBIB [Dokument elektroniczny] / red. naczelny Szymon Matuszewski - Nr 2/1999 (2) maj. - Czasopismo elektroniczne. - [Wrocław] : Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1999. - Tryb dostępu: http://www.ebib.pl/1999/2/radwanski.php. - Tyt. z pierwszego ekranu. - ISSN 1507-7187