ebib 
Nr 9/2000 (18), Bibliotekarz dziedzinowy. Artykuły
 poprzedni artykuł następny artykuł   

 


Artur Jazdon
Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu

Unde venis?




Unde venis? Quo vadis? - dwa pytania otwierające i zamykające seminarium dotyczące specjalistów dziedzinowych w bibliotekach naukowych. Problem nie nowy, gdyż pojawił się ze zdwojoną siłą około 10-15 lat temu. Po pewnej dyskusji - wydaje się - dość owocnej i rozbudzającej nadzieje na pozytywne efekty jakie może przynieść wprowadzenie tego systemu w różnych bibliotekach, w zasadzie uczyniliśmy niewiele w kierunku praktycznego jego zastosowania. Stąd myślę powrót do tej problematyki i okazja, aby raz jeszcze się zastanowić czy z tego - znanego na świecie w kilku wariantach czy odmianach - systemu organizacji pracy bibliotecznej my także moglibyśmy skorzystać, w znacznie zmienionych jednak w stosunku do lat 80-tych realiach bibliotecznych.

Przypadła mi w udziale zaszczytna rola osoby, która ma spróbować odpowiedzieć na pierwsze pytanie - unde venis? - a więc przypomnieć skąd i dlaczego narodził się pomysł wprowadzenia "instytucji" bibliotekarza dziedzinowego. Pozwolę sobie jednak nie poprzestać na zwykłym przypomnieniu najważniejszych wówczas argumentów, ale pokuszę się także o próbę ich przeniesienia w obecne czasy. Postaram się również dodać pewne nowe argumenty czy wskazać nowe przesłanki, jakie pojawiły się w naszym bibliotekarstwie w ostatnim czasie, a zdają się przemawiać na korzyść wprowadzenia specjalistów dziedzinowych. Da nam to od razu próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie udało się pewnych spraw zrealizować wówczas i czy dziś sytuacja zmieniła się w jakikolwiek sposób - osłabiający czy wzmacniając wagę przytoczonych wówczas argumentów za implementacją na grunt Polski tego systemu organizacyjnego.

Pierwsza grupa czynników, jakie wówczas uwzględnialiśmy, to czynniki związane ze strukturami organizacyjnymi naszych bibliotek. Osoby stojące poza bibliotekami, zarzucały nam zbytnią rozbudowę struktur organizacyjnych i mnożenie stanowisk kierowniczych różnych szczebli. Mówiono, że do każdej czynności przypisano jeden czy kilka etatów, a te poszeregowano w zespoły (stosunkowo nieliczne), na czele każdego z nich postawiono kierownika, w wyniku czego decyzje i informacje krążą po wielu drogach, niciach takiej struktury. Odpowiadaliśmy wówczas, że to zarządzenie MSziK z 1961 roku narzucało naszym bibliotekom takie, a nie inne struktury. Na marginesie przypomnijmy, że ani one ani ówczesne tabele stanowisk nie przewidywały "specjalisty" czy "bibliotekarza dziedzinowego". Problem braku prawnych możliwości wprowadzenia stanowiska bibliotekarza dziedzinowego był jednym z głównych elementów niemożności szerszego wprowadzenia tego systemu organizacyjnego przed 10 laty. Wracając do kwestii struktur organizacyjnych możemy powiedzieć, że w tamtych latach dojrzeliśmy do tego, aby spróbować niezadowalający stan rzeczy zmienić. Zaproponowaliśmy rozwiązanie, w którym struktury organizacyjne byłyby bardziej spłaszczone, a zespół specjalistów dziedzinowych miał być w tej strukturze ogniwem skupiającym wiele ważnych nitek w swych rękach. Usprawniać to miało zarówno zarządzanie (podejmowanie decyzji merytorycznych), jak i przepływ informacji. W sukurs naszym zamysłom przyszły zmiany w zakresie autonomii uczelni. Dziś na autonomicznej Uczelni prawie wszystko jest - dobrze to i niedobrze - możliwe. Mamy wiele przykładów bibliotek, które w ostatnich latach w różnych zakresach i podążając w różnych kierunkach dokonały nie tylko korekt struktur organizacyjnych, ale poważnych w tych zakresach zmian. Nie zawsze, a raczej rzadko były one jednak wiązane z bibliotekarzami dziedzinowymi. Toteż pierwszy z przypomnianych problemów - niemożność naruszenia struktur przewidzianych dla nas przez władze - upadł. Pozostał oczywiście - sygnalizowany już wcześniej - problem braku takiej funkcji w siatce płac, czy w tabelach stanowisk.

Z ważnym przed laty, przede wszystkim dla władz, uczelni, problemem "nadmiaru" pracowników poradzono sobie w wielu bibliotekach przeprowadzając w nich redukcje zatrudnienia lub blokując możliwość etatowego ich rozwoju. Powszechne praktycznie dziś w naszych bibliotekach zjawisko nienadążania rozwoju kadr za nowymi pojawiającymi się zadaniami stanowi dodatkowy argument za szukaniem nowych formuł organizacyjnych. Dodatkowo, wprowadzana dziś automatyzacja zmienia przebieg wielu procedur bibliotecznych. Zastosowanie nowych procedur łatwiejsze jest często - choć nie zawsze - w zmienionych strukturach organizacyjnych. Można stwierdzić, że pierwszy z zasadniczych problemów nie stracił na aktualności, a co więcej - pozwolił łatwiej niż kiedyś proponować i wprowadzać zmiany.

Wracając do poprzedniego zagadnienia, można przypomnieć, że jako osoby pracujące w bibliotekach zwracaliśmy uwagę na to, iż dotychczasowe struktury organizacyjne są na tyle skostniałe, że nie pozwalają na elastyczne dostosowywanie zespołu do nowych, pojawiających się zadań, szczególnie tych o charakterze doraźnym czy też organizowania prac wykraczających poza jedną sekcję czy oddział. Problem częściowo udało się rozwiązać. Wiemy z praktyki, że w wielu bibliotekach zmieniono - o czym wspominałem - struktury organizacyjne, tak uelastyczniono zarządzanie personelem, że powoływanie zespołów poziomych dla rozwiązania określonego problemu stało się sprawą prostą. Z drugiej jednak strony, ten argument nie stracił do końca racji bytu. Komputeryzacja bibliotek, a równocześnie nasze obecne problemy finansowe czy z nimi związane kadrowe, nowe podejście np. do zarządzania zbiorami stawiają przed nami wiele zadań o charakterze - nazwijmy je - przekrojowym, np.: problemy wychodzące poza jeden oddział, problemów, których rozwiązywania nie możemy opierać w nieskończoność na doraźnych komisjach czy zespołach. Myślę tu chociażby o kwestii właściwego zarządzania zbiorami - a więc nie tylko ich pozyskiwania, ale i decyzji o przesunięciu partii zbiorów do magazynu rezerw (składowego) czy selekcji. Źle jest, jeśli decyzje takie podejmują różne osoby w sytuacji, gdy nie chcemy czy nie możemy tych zadań opierać na stałych zespołach. Tym powinien się zająć specjalista dziedzinowy.

Jako kolejny argument przemawiający za próbą wprowadzenia stanowiska bibliotekarza dziedzinowego podawaliśmy ten związany z organizacją pracy. Stwierdzaliśmy, że w obowiązującym systemie następuje powielanie czy dublowanie czynności: w dwóch czy więcej miejscach prowadziło się te same lub prawie identyczne kartoteki itp. Przewidywaliśmy, że w systemie organizacyjnym pracy specjalistów dziedzinowych części tych zdublowanych prac uda się uniknąć poprzez skupienie wszystkich decyzji w jednym ręku. Dziś postulat upraszczania procedur wydaje się - przynajmniej częściowo - łatwiejszy do realizacji dzięki komputeryzacji.

Byliśmy także świadomi faktu, iż zasadniczo brak było kontaktu dużej części bibliotekarzy - z wyjątkiem tych pracujących w służbach zewnętrznych - z użytkownikami. Argumentowaliśmy, iż wprowadzenie grupy specjalistów dziedzinowych i obciążenie ich zadaniem pełnienia dyżurów w katalogach, oddziale informacji naukowej, czytelniach czy innych punktach informacyjnych sprawi, iż czytelnicy uzyskają stałe punkty kontaktu nie tylko z szerszą grupą pracowników bibliotek, ale właśnie tą grupą, która odpowiada za kształtowanie zbiorów, klasyfikację itp. Dziś, gdy w większym zakresie niż przed laty deklarujemy - i mam nadzieję, że robimy to w pełni świadomie - że głównym naszym zadaniem jest dobra obsługa czytelników i wzorem bibliotek brytyjskich za obowiązujące przyjmujemy hasło "czytelnik naszym królem", ten wspomniany postulat zyskuje na znaczeniu. Choć należy powiedzieć, iż w tym zakresie zrobiono nie mało w większości naszych bibliotek, co było i jest możliwe nawet bez wprowadzania systemu specjalistów dziedzinowych. Wystarcza tu zastosowanie innych rozwiązań organizacyjnych. Na marginesie warto dodać, że i bibliotekarzom pracującym dotąd na spokojnym zapleczu, dobrze robi praca z czytelnikiem.

Nie stracił na aktualności następny z dawnych argumentów - ba, nawet pewnie się umocnił. Dotyczył on - co wynikało z obserwacji - niemożności wskazania w grupie bibliotekarzy osoby, która miałaby odpowiedzieć na pojawiające się nowe pytania przy równoczesnym braku możliwości zatrudnienia nowego pracownika. Dziś, gdy uzyskanie nowego etatu graniczy z cudem, duża część bibliotek jest po redukcjach zatrudnienia, fluktuacja kadr jest mała, problem ten nie stracił na ważności. Natomiast w większym niż kiedyś stopniu pojawiają się niestandardowe, niestereotypowe pytania. Wydaje się, że właśnie takie problemy winny być stawiane przed bibliotekarzem dziedzinowym. W ten sposób przeszliśmy już praktycznie do drugiej grupy czynników - natury merytorycznej.

Na pierwszy plan wśród nich wysuwały się problemy związane z gromadzeniem. Byliśmy świadomi, że w wielu wypadkach jest ono nieracjonalne, tzn. zauważyliśmy przypadki dublowania pewnych tytułów przy braku innych, dalej brak współpracy w gromadzeniu pomiędzy Biblioteką Główną a bibliotekami sieci, brak praktycznie jakiejkolwiek współpracy w tym zakresie z pracownikami nauki. Nakładała się na to budząca się świadomość pracowników odpowiedzialnych za gromadzenie zbiorów, iż przy rozwoju nauki, nie są oni w stanie w pełni odpowiedzialnie realizować swych zadań. Stąd płynął postulat, by zespoły ds. gromadzenia stały się niejako zespołami technicznymi, realizującymi zamówienia składane przez specjalistów z określonych dziedzin, mających łatwiejszy kontakt - czy potrafiących lepiej go nawiązać - ze środowiskiem naukowców. Dziś stoimy w sytuacji nie tylko dalszego, intensywnego rozwoju nauki, lecz bardzo szybkiego przeobrażania się naszych Uczelni: otwierania nowych wydziałów, kierunków i specjalizacji. Musimy być świadomi, że takie są oczekiwania społeczne wobec szkolnictwa wyższego. Ma ona bardzo szybko odpowiadać na te zmiany, jak i zmiany wywoływane przez rozwój praktyki i rynku pracy, więc typowo zorganizowane gromadzenie może mieć jeszcze większe problemy z szybką i prawidłową odpowiedzią na te zmieniające się potrzeby.

Dodatkowo dziś jesteśmy świadomi nowych warunków jakie zaistniały w zakresie gromadzenia. Należą do nich ogromny rozwój rodzimej produkcji wydawniczej, względna łatwość docierania i pozyskiwania literatury zagranicznej oraz ogromny zalew informacji o tejże produkcji. Wbrew pozorom wcale to nie ułatwia gromadzenia, gdyż nakłada nowe zadania na realizujących je bibliotekarzy. Dodatkowo stajemy dziś nie rzadko przed trudnymi wyborami: czy pozyskać dane źródło w wersji tradycyjnej czy elektronicznej, czy to co oferuje się w wersji elektronicznej (np. w bazie) odpowiada znanej nam wersji drukowanej czy nie. Takie pytania można mnożyć. Wszyscy jesteśmy świadomi konieczności odejścia od tradycyjnie pojmowanego gromadzenia (tj. pozyskania źródła) na rzecz nowoczesnego zarządzania zbiorami. Nie wystarczy już pozyskanie tytułu, należy go umiejętnie skierować do miejsca najbliższego czytelnikom, najkorzystniejszego dla nich, następnie po jego zdezaktualizowaniu podjąć decyzję o jego ewentualnym przesunięciu do magazynu rezerw, a w ostateczności o selekcji.

Należy podkreślić fakt, charakterystyczny przede wszystkim dla bibliotek działających w dużych ośrodkach naukowych, postępującej specjalizacji zbiorów. Nikt nie jest w stanie gromadzić dziś wszystkiego. Należy z innymi uzgadniać pola zainteresowań, podejmować decyzje co do wzajemnego przekazywania sobie pewnych nowych wpływów, a być może i starszych części zbiorów. Te problemy pogłębia postępująca automatyzacja.

Obok zagadnień dotyczących gromadzenia zbiorów jako drugi obszar działań merytorycznych wskazywaliśmy działalność informacyjną. Błędem starych rozwiązań nazywaliśmy niemożność uzyskania przez użytkowników w jednym miejscu informacji nt. książek już zamówionych, zamówień już zrealizowanych i będących w fazie opracowania czy pozycji już znajdujących się w księgozbiorze oraz o sposobie dotarcia do nich przez katalog. Wiązaliśmy to z niemożnością uzyskania w jednym miejscu szerszej informacji dziedzinowej - nie tylko na temat posiadanych przez bibliotekę książek. Dziś bibliotekarze stoją częstokroć przed koniecznością udzielenia odpowiedzi na jeszcze bardziej szczegółowe i dociekliwe pytania. Z drugiej jednak strony wydaje się, iż zmiany jakie zaszły w naszych bibliotekach w związku z automatyzacją, sprawiły że dostępność do informacji z tych wymienionych powyżej zakresów jest łatwiejsza w różnych miejscach biblioteki. Nie trzeba być już specjalistą znającym się na konkretnej bibliografii, katalogu, kartotece itd., aby móc udzielić czytelnikowi poszukiwanej odpowiedzi. Oczywiście takie założenie opiera się również na tym, że nastąpiła pewna zmiana w mentalności, zachowaniu i przygotowaniu kadry bibliotecznej.

Na pytanie czy tak jest faktycznie, możemy chyba bez większego ryzyka odpowiedzieć, iż w dużej części tak. O ile kilka lat temu mówiliśmy, że złą stroną systemu pracy jest brak należytej motywacji do rozwoju naukowego i zawodowego kadry, co pociągało za niebezpieczeństwo jej skostnienia w wyniku wykonywania ściśle określonych, rutynowych czynności, tak ostatnie lata przyniosły w tym zakresie duże zmiany. Otwarcie na świat, wyjazdy zagraniczne, przyjazdy gości, automatyzacja (internet na każdym stanowisku pracy), świadomość przemian wynikających z faktu przechodzenia do społeczeństwa informatycznego XXI wieku oraz zmian na rynku pracy (bezrobocie), doprowadziły do wielu pozytywnych efektów. Wydawało się kiedyś, że zostanie bibliotekarzem dziedzinowym oznaczać będzie większe możliwości i elitarny status w bibliotece. Dziś do elity należy i bardzo dobry kataloger i nawigator w świecie informacji, a nie koniecznie "starodrucznik" czy "rękopiśmiennik" w zbiorach. Wielu młodych, ambitnych pracowników z zupełnie inną motywacją i w inny sposób podchodzi dziś do realizacji swych zadań. Wymusiło to zmiany i na "starej" kadrze, co jest ogromną zaletą. Stąd rodzi się pytanie - czy ta sytuacja stanowić może pozytywny czy negatywny czynnik w wyodrębnieniu zespołu specjalistów, bibliotekarzy dziedzinowych. Odpowiedź może być złożona. Z jednej strony takie rozwiązanie wpływać może negatywnie na bibliotekarzy- nie muszę być bibliotekarzem dziedzinowym, aby czuć się wyróżnionym. Z drugiej strony zaś pozytywnie, np. na tych, którzy tracą swą uprzywilejowaną dotąd pozycję w bibliotece, dla chcących dorównać tym, którzy wybili się ponad przeciętność mając szczęście pracować w zespołach w pierwszym rzędzie objętych zmianami itp.

W tym momencie należy powrócić niestety do problemu poruszonego na początku, a dotyczącego zagadnienia formalnego usytuowania ewentualnych "dziedzinowców" w naszych bibliotekach. Nie przeczę, że ta sprawa "położyła" w głównym stopniu wyodrębnienie i rozwój zespołu bibliotekarzy dziedzinowych w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu. Jest dziś zespół ludzi odpowiadający głównie za gromadzenie i selekcję księgozbioru, jego lokalizację (a więc zarządzanie zbiorami), ale żaden z tych pracowników - realizujących "normalnie" inne zadania nie ma ani pieczątki ani stanowiska bibliotekarza dziedzinowego. Nie ma takiego stanowiska w naszych taryfikatorach, niemożliwe stało się przekonanie ówczesnych władz uczelni, że należałoby ich dodatkowo wynagrodzić. Dziś jako biblioteka nie mająca samodzielności finansowej nadal nie możemy w żaden systemowy sposób ich dodatkowego wysiłku i zaangażowania wynagrodzić. Uważaliśmy bowiem zawsze, że nie chodzi o podwyżkę podstawowego uposażenia dla określonej grupy osób, bo zakładaliśmy, że "dziedzinowcem" można być, ale też, że dana osoba może to zadanie przestać pełnić. A wówczas uposażenie jej należy zmienić, tzn. cofnąć na poziom "niedziedzinowców". Takiego systemu nie chciano nam zaaprobować. Szczególnie ważne jest to dziś w sytuacji, gdy od kilku lat podwyżki są tylko automatycznie naliczanym procentem od posiadanego uposażenia wyjściowego. Mogłoby więc być rozwiązaniem dodatkowe ich honorowanie specjalnymi dodatkami ze środków własnych uczelni. Niestety, sądzę że nie jesteśmy wyjątkową biblioteką, dla której władze uczelni nie widzą takich środków w "rozdzielniku". Tak więc problem honorowania bibliotekarzy dziedzinowych ważną kwestią. Wydaje się, że możliwość bycia specjalistą dziedzinowym coś znaczy i możliwość wydzielenia i honorowanie finansowe związanego z tym wysiłku mogłaby stanowić nadal dla niejednego pracownika element skłaniający go do podjęcia się tej roli.

Z uwagi na małe osiągnięcia praktyczne w fazie teoretycznej pozostał także dyskutowany przed laty problem, jakie funkcje i zadania winni owi bibliotekarze pełnić czy realizować. Wydaje się, że na podstawie tych skromnych doświadczeń można mówić o dwóch kierunkach, w jakich podjęte próby zmierzają. W Poznaniu staramy się tę grupę pracowników (rekrutujących się z oddziałów: opracowania rzeczowego, informacji naukowej, zbiorów specjalnych, udostępniania i gromadzenia) wiązać z zarządzaniem zbiorami. Powtórzmy: doborem, selekcją czy lokalizacją zbiorów. Dobra orientacja w doborze i kształtowaniu zbiorów ma być pomocą w realizacji zadań informacyjnych. Wszystkie te osoby uczestniczą w realizacji zadań informacyjnych poprzez pełnienie dyżurów w katalogu lub czytelniach. W Toruniu zadania tego zespołu wiąże się bardziej z właściwą klasyfikacją i pogłębioną informacją naukową. Sądzę, że ten problem zakresu zadań specjalistów, ważny ongiś i dzisiaj nadal pozostaje otwartym do dyskusji.

Można wskazać na pewne nowe elementy, które pojawiły się w ostatnich latach, a które również skłaniają do przypomnienia pytań o bibliotekarzy dziedzinowych. Duża ich część związana jest z automatyzacją, ale także z innym widzeniem biblioteki i jej zadań. To inne widzenie, to coraz powszechniejsze uświadomienie sobie faktu, że biblioteka nie ma być magazynem źródeł, ale miejscem informacji o różnych źródłach i sposobach dotarcia do nich. Tym samym większa rola tych osób, które potrafią się po świecie informacji poruszać, wiedzą, co gdzie jest lub może być i jak do tego dotrzeć. Jeśli te osoby potrafią jeszcze wykorzystać problemy zgłaszane przez czytelników, mogą wpływać na kształt zbiorów biblioteki- to bardzo dobrze.

Automatyzacja i jej implikacje w interesującym nas zakresie wiążą się z ostatnim problemem. Jeśli biblioteka nie ma być magazynem, a centrum informacji, do której dostęp może być zorganizowany w różnorodny sposób i na różnych poziomach, należy przygotować się do podjęcia decyzji o zakupie systemu bibliotecznego. W dużym stopniu zależeć będzie ona od związanych z tym warunków technicznych, ale nie wyłącznie. Tu materiał przygotowany przez bibliotekarza dziedzinowego, we współpracy z siecią bibliotek, pracownikami nauki może być decydujący. Dotykamy w tym momencie kolejnego problemu. Komputeryzacja naszych bibliotek ułatwia nam współpracę Biblioteki Głównej z bibliotekami sieci. Tworzy się przecież z reguły jedną wspólną bazę, która ułatwia podejmowanie decyzji dotyczących gromadzenia jednoegzemplarzowego. Ponieważ czytelnik dzięki bazie i tak dotrze do informacji o wszystkich zbiorach i tylko będzie musiał wyszukać informację dotyczącą lokalizacji konkretnego tytułu, któż inny jak nie specjalista dziedzinowy winien decydować o miejscu przechowywania konkretnego tomu. Jest to szczególnie ważne dla tych bibliotek, które otrzymują egzemplarz obowiązkowy. Również w przypadku źródeł elektronicznych, dla których musimy podać konkretne miejsce dostępu (IP komputera - np. Chemical Abstracts) ważna może być opinia bibliotekarza dziedzinowego. Taka organizacja - jak wynika z obserwacji - sprzyja postępującej integracji, autentycznej współpracy pomiędzy bibliotekami zakładowymi, a głównymi. Można stwierdzić, że obecna sytuacja zmniejsza rangę jednego z głównych zarzutów czy pytań jakie stawiano wielokrotnie w przeszłości w związku z próbą wprowadzenia specjalistów dziedzinowych. Pytanie to brzmiało: a gdzie ma ów specjalista pracować? Wskazywano, że usytuowanie go w centrali czy w bibliotece sieci zawsze sprawiać będzie problemy w jego łączności z tym "drugim" księgozbiorem, pracującymi nad nim bibliotekarzami czy użytkownikami. Wydaje się, że po uwzględnieniu poprzednich uwag dziś nie stanowi to tak ważnego problemu. Osobiście uważam, że (w modelu "poznańskim") bibliotekarze dziedzinowi znajdą miejsce w bibliotekach sieci, a więc bliżej bezpośrednich użytkowników bibliotek.

Takiemu rozwiązaniu sprzyjają również zmiany w zakresie narzędzi pracy bibliotekarzy. Strony domowe księgarzy i wydawców, katalogi czy bazy w sieci czy na CD (które można sieciowo dystrybuować) zdają się także być pomocnymi w rozwiązywaniu problemów natury technicznej - organizacji stanowisk i narzędzi pracy.

Co jeszcze zdaje się stanowić przesłankę do wydzielenia zespołu bibliotekarzy dziedzinowych? Według mnie stanowi ją wymóg organizowania tzw. mieszanych stanowisk pracy. Mieszane stanowiska pracy, to takie, na których pracownicy nie wykonują jednorodnych czynności. Wymaga tego zdrowie pracowników - dążenie, aby stale i nieprzerwanie nie pracowali przy komputerze (skrzywienia kręgosłupa, osłabienie wzroku itp.). Podkreśla się również, że dla wydajności pracy danej osoby nie bez znaczenia jest fakt, iż może ona, zmęczona monotonią wykonywania określonych czynności, wykonywać inne zadania. W bibliotekach niemieckich przekonywano mnie, że dla zarządzającego jest to także niezmiernie ważne ze względu na...zawodność techniki. Dłuższa awaria np. systemu komputerowego nie powoduje wówczas bezczynności pracownika. Zawsze wie on, co ma systematycznie (a nie jako akcje doraźna) realizować jako drugi zakres swoich podstawowych obowiązków. Taka organizacja pracy wydaje się narzucać przyjęcie rozwiązania, w którym jest więcej bibliotekarzy dziedzinowych, o węższych zakresach tematycznych, ale szerszej gamie podstawowych zadań. W tym kontekście trudno nie powrócić do wcześniej wyrażonej myśli, że jest nas - bibliotekarzy - w bibliotekach relatywnie zbyt mało wobec zadań jakim musimy sprostać i konieczne jest obejmowanie przez każdego z pracowników coraz to szerszych czy nowych zakresów działań.

Myślę, że również sytuacja na rynku pracy stanowi element, nad którym warto się chwilę zatrzymać. Po pierwsze nie mamy chyba wszyscy problemów ze znalezieniem chętnych do pracy mimo oferowanych warunków finansowych. O każdy wolny etat walczy praktycznie kilku kandydatów. Są to osoby dobrze przygotowane od strony technicznej ( znajomość komputerów) i językowej. Merytorycznie - mimo wprowadzanej specjalizacji - kształci się dziś studentów w sposób bardziej wszechstronny. Nie wspomnę już o coraz popularniejszych studiach interdyscyplinarnych. Można więc założyć, iż łatwo dziś pozyskać do pracy osobę, która reprezentując pożądaną przez nas specjalizację naukowa będzie dysponowała również wieloma innymi, wspomnianymi walorami. Kilkanaście lat temu nie marzyliśmy o tym, iż tak wiele bibliotek będzie budowanych i przebudowywanych. Rozbudowa sprzyja również zastanowieniu się nad problemami organizacji struktur i przebiegu procedur. Dzisiaj łatwiej jest nam zastanawiać się nad nimi, gdyż w porównaniu z sytuacją sprzed 15-20 lat mamy o wiele więcej literatury na te tematy, jak i doświadczeń- własnych i obcych.

Wielokrotnie już mówiliśmy o pewnych faktach, utrudniających kiedyś szersze wprowadzenie nowej struktury organizacyjnej, wskazując na te spośród nich, które na swym znaczeniu straciły. Warto na koniec przypomnieć, iż nadal nasze biblioteki są finansowane wielostrumieniowo, że finanse spływają do bibliotek nieregularnie, często z dużym opóźnieniem, co może stanowić poważne utrudnienie dla pracy "dziedzinowców" w zakresie gromadzenia. Dla bibliotek otrzymujących egzemplarz obowiązkowy fakt jego nieregularnego i w znacznym stopniu niekompletnego wpływu także nie stanowi ułatwienia.

Stwierdzałem uprzednio, iż komputeryzacja naszych bibliotek może stanowić argument za wprowadzeniem funkcji bibliotekarza dziedzinowego, co rozwiązałoby szereg, problemów, związanych np. z łącznością, szybkością uzyskania informacji, ogólnym dostępem do źródeł. Trzeba być jednak świadomym, że w wypadkach, gdy komputeryzacja nie jest jeszcze wdrożona, brak jest np. połączeń ze wszystkimi budynkami uczelni (bibliotekami sieci), takie rozwiązanie może nie stanowić oczekiwanego ułatwienia. Coraz śmielej mówimy o współpracy w zakresie opracowania formalnego czy przedmiotowego zbiorów. Z jednej strony stwarza ona możliwość przejmowania opisów, co sprawia, że w zespołach ds. opracowywania zbiorów będziemy mieli nadmiar pracowników. Taka sytuacja sprzyjać będzie dokonywaniu roszad, a tym samym wyodrębnianiu grupy specjalistów o określonych zakresach czynności. W przypadku klasyfikacji można będzie ten moment wykorzystać do wytypowania w każdej bibliotece jednego-dwóch najlepszych "dziedzinowców", których zadaniem stałaby się szersza współpraca z innymi bibliotekami i mogliby oni stać się dla pewnej grupy bibliotek konsultantami w danej dziedzinie.

Wyszególnione powyżej argumenty miały tylko przypomnieć, w oparciu o jakie przesłanki, rodził się kiedyś w Polsce pomysł powołania w naszych bibliotekach specjalistów dziedzinowych. Starałem się nie tylko odnosić je do obecnej sytuacji, ale również próbować wskazać jak nowe, nieznane 10-15 lat temu elementy zdają się dziś wskazywać na możliwość czy zasadność zastosowania tego modelu organizacyjnego. Jestem świadomy, że moje uwagi nie wyczerpują zapewne wszystkich argumentów. Przyznaję też, że nie szukałem specjalnie przeciwwskazań za wprowadzeniem tego rozwiązania, pozostawiając to zadanie innym dyskutantom. Zapewne ostateczna odpowiedź zależeć będzie od szczegółowego rozważenia wszystkich za i przeciw i ewentualnych zaproponowanych rozwiązań w odniesieniu do gromadzenia czy szerzej zarządzania zbiorami, opracowania zbiorów, działalności informacyjnej czy dydaktycznej biblioteki.


Pierwotny adres: www.oss.wroc.pl/biuletyn/ebib18/jazdon.html
Adres w archiwum: ebib.oss.wroc.pl/arc/e018-02.html

 Początek strony



Unde venis? / Artur Jazdon// W: Biuletyn EBIB [Dokument elektroniczny] / red. Aleksander Radwański - Nr 9/2000 (18) grudzień. - Czasopismo elektroniczne. - [Wrocław] : Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 2000. - Tryb dostępu: http://www.ebib.pl/2000/18/jazdon.php. - Tyt. z pierwszego ekranu. - ISSN 1507-7187