ebib 
Nr 9/2009 (109), Biblioteka – partner w biznesie. Artykuł
 poprzedni artykuł następny artykuł   

 


Piotr Witt
Paryż, Francja

Google wkracza do bibliotek francuskich


Przed czterema laty Jean-Nöel Jeanneney, odtrącił ofertę Google`a. W książeczce, o której miałem okazję pisać już wcześniej, ówczesny dyrektor Bibliotheque Nationale de France przedstawił plan własnej francuskiej biblioteki cyfrowej i zainicjował jej działalność. Dziś Gallica może poszczycić się poważnymi osiągnięciami. Ponad 800 000 zdigitalizowanych dokumentów (w tym 300 000 przetworzonych na wersję tekstową), cała praktycznie klasyczna literatura francuska i większość tytułów prasy dostępna jest w wersji cyfrowej.

W ostatnich dniach sierpnia poważny dziennik ekonomiczny La Tribune ujawnił prowadzenie dyskretnych negocjacji przez obecną dyrekcję BNF z amerykańskim gigantem informatyki, w sprawie digitalizacji bibliotecznej kolekcji. Wiadomość rozpętała we Francji ogólnonarodową niekończącą się dyskusję. Czym wytłumaczyć ustępstwo wobec Amerykanów, zdaniem Jeanneneya katastrofalne jako symbol polityczny? Prasa francuska wskazuje na brak pieniędzy w kasach państwa jako przyczynę kapitulacji. Istotnie, BNF miała ambicję szybkiego udostępnienia on-line pięciu mln dzieł, co miałoby kosztować, lekko licząc, 75 mln euro. Tymczasem Państwo nie daje bibliotece więcej niż pięć mln rocznie. Fundusze na sfinansowanie programu digitalizacji pochodzą z podatku nałożonego na nagrywarki DVD i inne środki zapisu elektronicznego. W ciągu dwóch lat te dochody znacznie się zmniejszyły. W 2006 r. sięgały dziesięciu mln, dziś przekraczają zaledwie pięć.

Tymczasem Google`owi pieniędzy nie brakuje. Od czasu wprowadzenia firmy na giełdę jej wartość wzrosła sześciokrotnie i wynosi dzisiaj astronomiczną sumę 160 mld dolarów. W 2008 r. Google zarobiło, po odliczeniu podatków ok. 4,2 mld dolarów. Przy 20% stopie rentowności giełdowej można sobie pozwolić na negocjacje z bibliotekami. Ale pieniądze nie tłumaczą wszystkiego. Mimo francuskich ambicji wybicia się na samodzielność rzeczywistość Galliki ma niewiele wspólnego z najgorszymi nawet statystykami. Przekonuje się o tym bardzo prędko każdy użytkownik BNF. Dokumenty są prezentowane on-line przy użyciu przestarzałego oprogramowania, które pracuje powoli i z wielkim mozołem. Wiele zeskanowanych stron dzienników jest zupełnie nieczytelnych, zwłaszcza w starej prasie, w której przebija druk spod spodu. Dokumenty prezentowane w postaci tekstowej są często nieczytelne, składają się z oderwanych liter i cyfr, przypominających bardziej szyfr Enigmy niż prozę francuską, słynną ze swego umiaru i klasycznej prostoty. Z punktu widzenia użytkownika nawet te sumy, na których skromność skarżą się bibliotekarze francuscy, wydają się częściowo wyrzucone w błoto.

Historyk, który pragnie czytać starą prasę francuską wybierze stronę biblioteki miejskiej w Lyonie, drugiej, co do wielkości biblioteki Francji. Tutaj wszystko odbywa się szybko, teksty są doskonale czytelne i dostępne bez zbędnego trudu. Jednak zbiory tej biblioteki są od roku digitalizowane przez Google`a. Oto dlaczego Google ma szansę stać się wkrótce największą biblioteką, a także największą księgarnią wirtualną na świecie: jest przedsięwzięciem niezależnym od decyzji polityków, a jego siła nie polega na statystykach. Za cenę 125 mln dolarów w październiku 2008 r. firma zawarła fantastyczną umowę z wielkimi wydawcami amerykańskimi. W październiku br. Podczas Targów Książki we Frankfurcie zaprezentowano Google Edition, program do sprzedaży elektronicznych książek internautom. W chwili obecnej Google ma już na składzie ponad 10 mln zdigitalizowanych tytułów i w niedalekiej przyszłości zamierza osiągnąć, według źródeł francuskich, 15 mln.

Aspekt ekonomiczno-techniczny, który usprawiedliwia współpracę BNF z Google`em nie rozwiązuje jednak problemów teoretycznych związanych z działalnością giganta z Mountain View. Zwłaszcza dwóch podstawowych – z zakresu polityki oraz teorii wartości. Zwraca na nie uwagę dyrektor Krajowego Instytutu Mediów Audiowizualnych (Institut national de l`audiovisuel – INA). Zdaniem Emmanuela Hooga problem polityczny dotyczy samej istoty demokracji i wynika ze sposobu funkcjonowania motoryki wyszukiwań. Wyszukiwarka Google proponuje dla każdego wyszukiwania porządek odpowiedzi, pewną hierarchię wiedzy, która z czasem jest narzucana jako norma absolutna, ponieważ firma skupia 67% światowego rynku poszukiwań.

Wiadomo, iż trafność odpowiedzi jest tutaj określana ze względu na jej popularność, faworyzuje się tym samym rzeczy znane; im częściej dana strona jest oglądana, tym lepiej jest zaklasyfikowana, co powoduje, że jest wyświetlana jeszcze częściej, a więc jeszcze wyżej klasyfikowana i tak dalej, i dalej... ale w dziedzinie wiedzy, jak wiadomo, większość nie zawsze ma rację. Stąd pytanie, czy ten aspekt działalności Google`a nie wpływa hamująco na rozwój wiedzy? Kończąc ten wywód nie sposób nie zauważyć, że dziś fundament demokracji spoczywa również na gloryfikacji rozumu zbiorowego, która wyraża się w wyborach powszechnych.

Inna obawa dotyczy problemu zysku. Google ciągnie kolosalne korzyści z zasobów, które do niego nie należą. Obroty związane z reklamą wyniosły w 2008 r. 21 mld dolarów, czyli prawie połowę światowego rynku reklamy w sieci. Darmowa oferta przeznaczona dla użytkowników Google powstaje poprzez odebranie wartości materialnej produkcji twórców zasobów, czy są to autorzy, wydawcy, czy producenci. Jak oświadczył Robert Thompson, redaktor naczelny „Wall Street Journal” Google dewaluuje wszystko, czego się tknie. W istocie, przedsiębiorstwo pobiera procent od reklamy bazującej na darmowym dostępie do zasobów, nie ponosząc kosztów ich zachowania, jeśli chodzi o dzieła dawne ani kosztów produkcji, gdy chodzi o dzieła współczesne.

Ze swej strony dyrektor Biblioteki Miejskiej w Lyonie opierając się na dotychczasowej praktyce dowodzi, iż współpraca z Google`em nie odbywa się kosztem kultury. Przeciwnie, Patrick Bazin, w wypowiedzi dla dziennika Le Monde podkreśla korzyści tego kontraktu dla biblioteki i dla użytkownika. Dzięki digitalizacji swoich zbiorów BML będzie mogła stać się – ze swoją historią, swoją specyfiką i środowiskiem, które ją ożywia – pełnowartościowym aktorem pejzażu cyfrowego, nie rezygnując bynajmniej z jednej ze swoich podstawowych misji, to znaczy z długoterminowego przechowywania dziedzictwa kulturowego.

Inna korzyść to lepsze gospodarowanie środkami finansowymi. Koszt digitalizacji 100 mln stron, które mają zostać zeskanowane w projekcie Google’a w Lyonie, wyniósłby prawie 60 mln euro. Bazin zastanawia się, czy byłoby właściwe zwracać się do podatnika liońskiego o sfinansowanie operacji zbliżonej kosztami do „przemysłu ciężkiego” podczas gdy korzystniejsza jest inwestycja w wartość dodatkową, którą przynosi właściwa działalność biblioteki poprzez jej portale dostępu, usługi towarzyszące, lub którą tworzą kompetentni bibliotekarze – niezastąpieni pośrednicy w społeczeństwie wiedzy coraz bardziej skomplikowanej.

W narodowej debacie czy wiązać się z Google’em, czy nie, nasłuchiwano naturalnie z wytężoną uwagą głosu władzy. Wypowiedź Frédérica Mitterranda dla prasy zabrzmiała wreszcie jak głos Pytii. Minister kultury wypowiedział się stanowczo za rozwijaniem Europeany, co wniosło niewiele, gdyż Europeana nie jest biblioteką cyfrową i nie zajmuje się digitalizowaniem kolekcji. Jest portalem. Żeby w niej uczestniczyć trzeba dysponować dokumentami już zdigitalizowanymi. Minister wyraził także pragnienie stworzenia w jak najbliższym czasie jednego portalu dla całości dziedzictwa kulturalnego Francji, okazał zrozumienie dla starych bibliotek europejskich, które pracują z firmą Siergieja Brina i Larry’ego Page’a, wypowiedział szereg czcigodnych truizmów (np. ażeby być dostępnym, należy być widocznym). W najistotniejszej kwestii – współpracy z Google’em, zabrakło konkretnej decyzji oprócz konkluzji: nie wykluczam żadnego rozwiązania.

Rząd uznał jednak problem za nazbyt poważny, aby pozostawić go w (niezdecydowanej) gestii ministra kultury. Zwłaszcza wobec zbliżających się terminów wyborów regionalnych i nagłego, ogólnonarodowego zainteresowania tematem. O zmartwieniach narodowej książnicy wypowiedzieli się przedstawiciele wszelkich możliwych orientacji politycznych. Na przykład 27 listopada na łamach komunistycznego dziennika l’Humanité profesor Ivan Lavallée, którego imię świadczy o sympatiach rodziców, a treść artykułu o wierności tradycyjnej formie, wystąpił z gorącą obroną francuskiej tożsamości narodowej przeciwko zakusom Google’a, „maszyny propagandowej USA”. Zapominając o świętych zasadach internacjonalizmu proletariackiego oskarżył on kapitalizm o dążenie do zuniformizowania wolnych miejsc w mózgu w myśl swej logiki kupieckiej i „kultury” Coca-Coli, błazna Ronalda i sarenek z Sex and the City. W artykule na temat Google’a jest wszystko: linoskoczki opłacane przez pałac Elizejski, Europa, która pragnie rozczłonkować narody, polityka prowadząca do rozerwania tkanki narodowej i kulturalnej – jakby się czytało „Trybunę Ludu” z lat pięćdziesiątych. Jest tu też wiele rozsądnych, aczkolwiek spóźnionych o 30 lat, propozycji zapobiegania hegemonii Google’a: Wypracować narzędzia digitalizacji, dysponować niezawodnymi środkami magazynowania danych, algorytmami i systemami informatycznymi, które pozwolą na szybkie konsultowanie; dysponować siecią, pewnym dostawcą, pewnym operatorem telefonicznym. Słowem: pobożne życzenia lub raczej wszystkie te elementy, które oferuje Google, a których zgromadzenie we Francji wymagałoby wielu lat. Zresztą wysiłek bezcelowy, bowiem w tym samym czasie świat, z Francją czy bez Francji, czytałby francuską literaturę zeskanowaną przez Google’a w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych albo Pernambuco.

Prawdopodobnie do podobnych wniosków doszedł premier francuskiego rządu, który 3 grudnia br. powierzył misję ochrony książek digitalizowanych Christine Albanel. Akcja byłej minister kultury na niwie francuskiej i europejskiej ma ograniczyć się do ochrony książek autorów, których prawa nie wygasły. Wiąże się z tym temat do refleksji: jak uchronić książki przed pirackim kopiowaniem on-line – zagadnienie to zostało częściowo tylko rozwiązane w odniesieniu do utworów muzycznych. Sprawa jest nagląca, bowiem w połowie listopada nowojorski sędzia Denny Chin zatwierdził wstępnie porozumienie Google’a z wydawcami amerykańskimi zezwalające na umieszczanie w sieci publikacji objętych prawem autorskim, wydawanych w USA, Wielkiej Brytanii, Australii i Kanadzie. Google może także umieszczać w sieci tzw. publikacje osierocone. Autorzy europejscy, poza Brytyjczykami są na razie wykluczeni z tej operacji.

C. Albanel ma zająć się również rozwijaniem oferty legalnego udostępniania książek w Internecie. Nie jest jasno powiedziane czy z pomocą Google’a, czy też nie. W sferze plotek pozostają domysły związane z terminem złożenia raportu przez nowo mianowaną. Mówi się o kwietniu, wówczas bowiem kończy się kadencja obecnego dyrektora BNF Bruno Racine’a, mocno krytykowanego za przychylność dla Google’a. Zdaniem niektórych komentatorów powierzenie misji C. Albanel jest wstępem do mianowania byłej dyrektorki Wersalu, późniejszej minister, na stanowisko nowego dyrektora BNF. To będzie następny odcinek googlowatego serialu we francuskiej obsadzie i reżyserii. Wcześniej bowiem, jak zapowiedziano ostatnio, minister kultury znajdzie się w paszczy lwa – Frédéric Mitterrand zapowiedział wizytę w Mountain View w lutym lub marcu, wkrótce po ustaleniu jakiej wielkości suma (z pożyczki!) zostanie przyznana w budżecie na cele digitalizacji. Frédéric Mitterrand zażądał 753 mln euro; decyzja należy do prezydenta Sarkozy’ego. Na razie w Brukseli waży się sprawa zrównania VAT-u książek cyfrowych – obecnie 19,6% – z materialnymi: 5,5%.

 Początek strony



Google wkracza do bibliotek francuskich / Piotr Witt// W: Biuletyn EBIB [Dokument elektroniczny] / red. naczelny Bożena Bednarek-Michalska - Nr 9/2009 (109) grudzień/styczeń. - Czasopismo elektroniczne. - [Warszawa] : Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich KWE, 2010. - Tryb dostępu: http://www.ebib.info/2010/109/a.php?witt. - Tyt. z pierwszego ekranu. - ISSN 1507-7187