EBIB Nr 3/2007 (84), Elektroniczne publikacje - nowe trendy i badania. Artykuł Poprzedni artykuNastpny artyku  

 


Henryk Hollender
Biblioteka Politechniki Lubelskiej

Pokaż mi świeży, wonny zeszyt: za przyszłość czasopisma naukowego


Przyszłość czasopisma naukowego interesuje wielu, materiału do gruntownych studiów nie brak. Przepowiednie, mniej i bardziej poważne, sprawdzają się jednak w sposób nieoczekiwany. Przepowiednia jest tekstem i trzeba sobie go później tłumaczyć; zaczyna się spór czy o to chodziło, czy nie o to. Zastanówmy się więc może lepiej nad teraźniejszością; a nuż uda nam się coś z niej zrozumieć.

A teraźniejszość jest przede wszystkim taka, że rozmaite formy, gatunki i nurty kultury w najlepsze sobie współistnieją, dopuszczając do istnienia nowe, ale nie ustępując im miejsca. Nie ma sensu oczekiwać jakiejś zasadniczej zmiany w stosunku do początku XXI wieku, bo ten początek pokazał już tak bardzo bogatą gamę rozwiązań, że nasuwa się podejrzenie, iż jest ona macierzą wyczerpującą wszystkie możliwe stany i kombinacje. Dziś można sobie nawet założyć czasopismo a la rok 1665 – organizować spotkania, pisać „doniesienia”, utrzymywać korespondentów, i w jakiejś niszy społecznej takowe się przecież utrzyma. Będą zatem w przyszłości takie czasopisma, jakie mamy teraz i nie ma powodu, żeby którekolwiek z nich sczezło na dobre. Elektroniczne, papierowe, to bez znaczenia, skoro impact factor elektronicznych czasopism bezpłatnych (Open Access), może dogonić w przyszłości impact factor najlepszych tytułów tradycyjnych, a na razie nie robi tego zapewne tylko dlatego, że niewspółmierne są rozmiary obu korpusów i ich czas „zarabiania” na wskaźnik[1].

Podstawowe pytanie brzmi oczywiście, czy wobec triumfalnego pochodu wartościowych materiałów bezpłatnych łobuzy typu Elsevier będą nadal wydawać swoje drogie periodyki. To nie jest jednak pytanie dobrze postawione. Przy obecnej szybkości prądu elektrycznego (on chyba płynął wolniej w XIX wieku, no nie?), ciągłego wyścigu autorów o pierwszeństwo i majątkowego zróżnicowania audytoriów zaciera się granica między tekstem płatnym i bezpłatnym – na co dziś trzeba wydać pieniądze, jutro jest dostępne za darmo w jakimś repozytorium, z którego mogą korzystać ci, których nie stać na pośpiech. Trzeba pytać, czy te kosztowne pisma ktoś jeszcze zechce kupować. Otóż jeśli tam będą pierwszorzędne nazwiska i pierwszorzędne prace, to zechce. Warto więc zadać pytanie pokrewne: co trzeba zrobić, żeby elita uczonych chciała publikować u kosztownych łobuzów i szczędziła swoich piór organom bezpłatnym a wartościowym jak Biuletyn EBIB. Odpowiedź jest aż nadto prosta: trzeba elicie za to zapłacić. Nie znamy kuchni ekonomicznej wielkich wydawców, ale może byłoby już teraz ich na to stać lub będzie stać niebawem. I gra się zacznie toczyć nie o to, czy biblioteki „przejdą” na Open Access, lecz o to, czy najlepsi autorzy nie przejdą do wydawców komercyjnych. Rynek to jest taki organ, który zawsze odrasta. Owszem, mówi się już o tym, że czasopisma otwarte potrzebują nowych modeli finansowania – jak takie modele powstaną, to i otwarte być może zaczną płacić autorom. Ale zawsze będą płacić mniej niż ci wydawcy, którzy swoje produkty zamierzają sprzedawać. Nie czujemy się na siłach nakreślić sieci tych wszystkich sprzężeń zwrotnych, ale należy być pewnym, że w gospodarce nadal będzie liczyć się inwencja. Oraz Chiny i Indie. Można tam ulokować pisanie, redagowanie, wydawanie i dystrybucję czasopism naukowych, a Europa i Stany Zjednoczone zajmą się czymś przyjemniejszym plus coś tam kupią od czasu do czasu.

Ano właśnie. Czasopismo naukowe to brzmi dumnie, bo wypowiadając ten termin zakładamy, że prowadzi się badania naukowe i publikuje ich wyniki. Czy naprawdę się je prowadzi? Czy łączy się z nimi takie nadzieje jak łączono w XIX i XX wieku? Weszliśmy w stulecie rozczarowań. Nauki teoretyczne niczego ostatecznie nie wyjaśniły, po spenetrowaniu najodleglejszego, wydawałoby się, zakątka makro- i mikroświata pojawia się nowa, jeszcze szersza perspektywa i nowe obietnice. Nauki praktyczne lepiej sobie radzą, ich ustalenia (głośny przykład: terapia komórkami macierzystymi) umożliwiają skuteczne wykorzystanie naturalnych procesów, których istota wciąż wymyka się naszemu poznaniu. Ale niech nas nie mylą głośne osiągnięcia, np. z zakresu kognitywistyki czy nanotechnologii. Oryginalnych badań naukowych jest niewiele i niewielu trzeba dla nich czasopism. Inna rzecz, że na te „niewiele” badań naukowych pracuje bardzo wielu uczonych, bo ich publikacje są średnio coraz mniej znaczące. To jest mechanizm opisany dawno temu przez starych naukoznawców, takich jak Derek de Solla Price[2]. Badacze muszą publikować, żeby utrzymać się w swoich instytucjach, a publikując muszą cytować, nie tylko dla zadośćuczynienia regule, ale także dlatego, że czytają. A czytają z różnych powodów, głównie w poszukiwaniu tych nieco mniej bezwartościowych i nudziarskich tekstów, które dostarczyłyby im jakiejś inspiracji. Mamy coraz więcej ludzi, nieproporcjonalnie do liczby ludzi - więcej uczonych, jeszcze więcej cytowań i czasopism z artykułami. Jest to przemysł „rozwiązywania łamigłówek” - problemów naukowych, czyli zadań, o których wiadomo na pewno, że mają rozwiązania, że pilny badacz zawsze w końcu jakieś wypracuje[3]. Ten przemysł podtrzymujemy z całą powagą, gromadząc „kolekcje” i tworząc „konsorcja”, i rządy z równą powagą jakoś tam to finansują. I to nie jest opis nauki nietwórczej, to jest zaledwie opis nauki konwencjonalnej. Ale konwencjonalna może się stawać coraz mniej twórcza. Może się tak zdarzyć, że nauka będzie żyła i rozwijała się na łamach kilku tytułów. A praktyka potrafi się jakoś rozwijać bez badań naukowych, zwłaszcza tych poznawczych, z wyjątkiem kilku kluczowych stref, silnie od badań uzależnionych. Ciekawe, czy ktoś stworzył model, jakiego uszczerbku doznałaby ludzka wiedza, gdyby nie było gdzie publikować, albo jeśli wypaliłby się nawyk publikowania. Ten bowiem jest historyczny, przemijalny, ukształtowała go epoka druku[4]. I wypali się, bo „bycie autorem” w środowisku cyfrowym, to już nie jest taka uciecha jak w papierowym (od dawna nie jest – nie tylko od nadejścia „wspólnotowego” Webu 2.0) i współczesna kultura zastępuje ją całym wianuszkiem innych przyjemności.

Do tego dochodzi humanistyka i nauki społeczne, sięgające po coraz to nowsze metody i techniki badawcze, ale nie przejawiające już ambicji wczesnodwudziestowiecznej antropologii, socjologii czy językoznawstwa – żeby mianowicie stworzyć naukę, którą będzie cechowała uniwersalność i ścisłość przyrodoznawstwa. Dziś jedni humaniści swoje najlepsze pomysły publikują w gazetach codziennych, nim dojrzeją dla kwartalników, drudzy zaś „pary z gęby nie puszczą”, nim nie dojrzeją do książki. Bibliotekarz musi jakoś kontrolować ten dyskurs i wzmacniać dla mniej świadomego odbiorcy jego najistotniejsze rysy, ale czy robi to najlepiej prenumerując czasopisma, czy może jakoś inaczej – na przykład śledząc życie publiczne i dokumentując różne jego przejawy bez względu na ich materialną manifestację? Albo wyławiając i porządkując elementy dyskursu bez względu na konwencję komunikacyjną, w obrębie której toczy się rozmowa?

Porządkowanie elementów dyskursu jest trudne, bo twórcy coraz częściej wypowiadają się poza „klasycznym” tekstem, który miał swój tytuł, swojego autora, i swoją jednostkę nadrzędną – zeszyt czasopisma czy książkę. Obcując z czasopismami, mieliśmy do czynienia z prostymi i przejrzystymi zasadami budowania wypowiedzi. Wokół koncepcji, wyników badań, odtworzonych faktów itp., twórca budował narrację i nadawał jej tytuł. Narracja była dopuszczana do druku, jeśli nie zawierała błędów językowych lub metodologicznych (ewentualne błędy empiryczne miał sprawdzać czytelnik) i odtąd krążyła sobie po wszechświecie, opatrzona danymi umożliwiającymi identyfikację. Kiedy natomiast wyszukujemy tekst w Google, zadawszy maszynie ciąg znaków, widzimy, jak wielkim wynalazkiem była samoistność piśmiennicza oraz przecięcie samoistności piśmienniczej i wydawniczej zwane książką. Przed naszymi oczyma ukazuje się często coś, co wisi chyba dosłownie w Kosmosie, bez osadzenia w jakiejkolwiek szerszej całości, bez daty, danych, proweniencji. Bez głębszej analizy tekstu (ale gdzie on się naprawdę zaczyna? gdzie kończy?) nie mamy możliwości oceny, ile to coś jest warte. W ten sposób zaczynają się wypowiadać już nie tylko publicyści, ale i uczeni. Jak ich czytać, rozumieć i cytować?

Jeśli jednostką będzie dyskurs (na przykład blog czy wątek na forum), to maszyna może to jakoś kontrolować, a statystyka sesji może dostarczyć odpowiednika dawnej recenzji wydawniczej – to znaczy jeśli tekst pozostanie nieczytany, albo będzie czytany przez osoby pozbawione uprawnień do wystawiania ocen, to będziemy wiedzieli, że niskiej jest wartości. Stanowiłoby to odwrócenie zasady, by tekstu słabego lub szkodliwego nie dopuszczać do publikacji. Teraz najpierw publikacja, później ocena (proponuję: „postrecenzja”)[5]. „Czytelnicy, którzy wysoko oceniają tekst A, wysoką ocenę przydzielili również tekstowi C, F i R.” Jeśli w dyskursie pojawią się jednostki nadające się do identyfikacji, to porządek komunikacji naukowej uda się utrzymać. Jeśli narracje rozpadną się na zdania czy znaki, no to nie. Chyba że do stworzenia są takie techniki automatycznej analizy tekstu, które nie tylko zrobią nam statystykę słów (co jest szeroko praktykowane, np. w niektórych bibliotekach cyfrowych; serwis Google Books też już podaje key words and phrases), ale także wyłonią z narracji całostki (units), być może nawet nie uświadamiane przez autora, wychodzące poza zbitki dwóch wyrazów, co by prowadziło do rekonstrukcji intelektualnych składników tekstu. Jest wiele prac tego rodzaju, informatycy i matematycy skwapliwie o nich rozmawiają, coś podobnego przynoszą nam programy do (prawdziwego czy rzekomego) tworzenia teorii etnologicznych i analizy zjawisk społecznych[6]. Nie, nie przyjrzeliśmy się temu bliżej, ale wspominamy tu o tym nie dlatego, by na przykład szukać nowych, innych niż hasła przedmiotowe punktów dostępu do tekstu (realizując wezwanie „niech się tekst indeksuje sam”) – na co skądinąd mamy ogromną ochotę[7] – ale by zastanowić się w ogóle nad istotą tekstu, jego odrębnością i strukturą, wyznaczoną w całości przez treść, nie zaś przez ład formalny.

W każdym razie tradycyjne pojęcie autorstwa znika, i to znika w wysokim stylu – jako jedno z kryteriów formalnych! Takiego ciosu nie zadała mu nawet praktyka redakcyjna, dopuszczająca – w ślad za zasadami kształtowania i rozliczania zespołów naukowych – teksty wielu autorów, z których – w porządku alfabetycznym – siódmy sprzątał laboratorium, dziesiąty szefował instytutowi, a dziewiętnasty rozliczał grant. Teraz granice między sferami autorskimi zaczną się zacierać, ale nie powinno nas to zaskakiwać. Jeśli sztuka może polegać między innymi na zacieraniu granic między cytatami (bo czymże innym jest sampling), to wyobrażalne jest przeniesienie analogicznej praktyki na twórczość naukową. Czasopism zatem, rozumianych jako stabilne nośniki wyraźnie odgraniczonych jednostek tekstu, nie będzie już być może wcale. Jako bibliotekarze będziemy się tylko mogli starać, by wprowadzić naszych użytkowników w biernej lub czynnej roli w jakiś wartościowy dyskurs. Powtórzmy tu naszą ulubioną tezę o quasioralności rodzącej się kultury: dopóki drukarze nie tłoczyli książek i czasopism, a bibliotekarze ich nie spisywali, wiedza rozwijała się poprzez ciągły, często wielce bezładny dialog, w którym byli uczestnicy, ale nie było autorów, jak w jakimś rozgorączkowanym tłumie na forum lub w termach, jak między młodzieńcami przechadzającymi się wśród oliwnych drzew. Teraz znów nas czeka niepostrzegalne przechodzenie jednych tekstów w drugie, ciągłe zmiany tekstu po pierwszej publikacji, niemożność ustalenia, która wersja tekstu jest autorytatywna, obrastanie tekstu w komentarz, mieszanie się wypowiedzi zasadniczej z marginaliami[8]. To niewiele będzie miało wspólnego z ugruntowanymi między XVII a XIX wiekiem zasadami komunikacji w nauce.

Może zatem w przyszłości nie być nauki, może nie być czasopism, może nie być jednego i drugiego. Ale będzie poznanie i praktyki tekstualne. Będą próby ocalenia dawnego ładu, tworzenia nowych wartościowych i niezastąpionych tytułów, uporczywe istnienie czasopism tradycyjnych i popisy ekstrawaganckich noblistów, przedstawiających teorie kosmologiczne w postaci blogów lub instalacji w bazylejskiej Kunsthalle. Będą poczciwe czasopisma w językach narodowych, zawierające wyniki badań powtarzających badania wykonane wcześniej w najsilniejszych ośrodkach i uwieńczone publikacjami w języku angielskim – ot, taki drugi obieg, słabo skomunikowany z pierwszym (angielskojęzycznym, międzynarodowym), ale na niezłym zapewne poziomie, bo jakże inaczej ci polscy lekarze radziliby sobie tak dobrze w Szwecji?

Być może nawet dojdzie do jakichś międzynarodowych uzgodnień, dotyczących czasowego rytmu odnawiania zawartości baz danych czy modyfikacji łańcuchów wymiany informacji. Termin pojawienia się nowego numeru czasopisma i związane z tym rytuały oczekiwania, odkrywania, eksploracji, wymiany, a następnie przegrupowania sił, uzgadniana stanowisk, zwierania szeregów, to naprawdę wielka gra epoki nowożytnej. Najsilniejszym rysem czasopisma jest określony termin ukazywania się i wynikająca z tego zdolność do urządzania w pewnym momencie wielce emocjonującej premiery. To wynikało z techniki, ale nie tylko z techniki, skoro można było drukować zawartość teki redakcyjnej, jak tylko się wypełniła, czyli prowadzić nieregularnik, i wiele tytułów tak robiło w obliczu trudności ze skompletowaniem kapitału lub zespołu autorów. Czasopisma na poziomie mogły sobie jednak pozwolić na regularność i bardzo jej pilnowały; gazeta codzienna donosząca o zawartości jutrzejszego Science, to jest dopiero dreszcz! Kto wie, czy tej periodyczności nie będzie nam brakowało w amorficznym świecie poprzemysłowym, ponowoczesnym, poinformacyjnym. I czy dla przywrócenia przyjemności oczekiwania na świeży, pachnący dobrą farbą numer czasopisma z jakiegoś ciemnego internetowego gąszczu, nie wyłonią się znowu roczniki, kwartalniki i miesięczniki, z numeracją, paginacją i ofertą prenumeraty. Farba dostępna na zamówienie; kliknij, żeby otworzyć formularz.

Przypisy

[1] Por. np. Harnad, S. Re: Impact Factor, Open Access & Other Statistics-Based Quality. In Liblicence-l [on-line] [dostep 27 maja 2004]. Dostępny w World Wide Web: http://www.library.yale.edu/~llicense/ListArchives/0405/msg00122.html.

[2] De Solla Price, D. J. Mała nauka, wielka nauka. Warszawa: PWN, 1967.

[3] Kuhn, T. S. Struktura rewolucji naukowych. [Wyd. 2]. Warszawa: Fundacja Aletheia, 2001.

[4] Eisenstein, E. L. Rewolucja Gutenberga. Przeł. H. Hollender. Warszawa: Prószyński i S-ka, 2004.

[5] Taką prognozę przynosi: Ekman, R. Quandt, R. (red.). Technology and Scholarly Communication . Berkeley: University of California Press, 1999.

[6] Por. np. http://www.qsrinternational.com/products/productoverview/NVivo_7.htm [dostęp 3 kwietnia 2007].

[7] Dziękuję Jadwidze Woźniak-Kasperek za rozmowę w Kazimierzu Dolnym w dniu 21 września 2006 r.

[8] Hollender, H. Czy świat czeka przyszłość średniowiecza? [posłowie]. In: Eisenstein, E. L. op.cit.

 Początek strony



Pokaż mi świeży, wonny zeszyt: za przyszłość czasopisma naukowego / Henryk Hollender// W: Biuletyn EBIB [Dokument elektroniczny] / red. naczelny Bożena Bednarek-Michalska. - Nr 3/2007 (84) kwiecień. - Czasopismo elektroniczne. - [Warszawa] : Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich KWE, 2007. - Tryb dostępu: http://www.ebib.info/2007/84/a.php?hollender. - Tyt. z pierwszego ekranu. - ISSN 1507-7187