EBIB Nr 2/2007 (83), Kolory niemożności - bariery w rozwoju bibliotekarstwa w Polsce. Artykuł Poprzedni artykuNastpny artyku  

 


Jacek Wojciechowski
Uniwersytet Jagielloński

Rozchwianie profesjonalnej świadomości




Nie jestem entuzjastą sugestii, że nic nam w tym polskim bibliotekarstwie nie idzie, bo to jest jak siadanie tyłkiem na brzytwie. Nie dość, że to nieprawda, w dodatku bezużyteczna, to jeszcze bezużyteczna nieprawda bolesna. Służy bowiem biczowaniu się nawzajem, ponieważ bardzo siebie nie lubimy: mało kto pluje na swój zawód tak obficie, jak my.

Nie jest prawdą, że nic się nam nie udało. Gdyby rzeczywiście nic, to nie byłoby tych wypowiedzi, no bo nic - to nic, zero, albo nawet dwa i gdyby tylko nam, tu w Polsce, byłby to być może powód, żeby podciąć sobie żyły, ale proponuję, żeby na razie tego nie robić: niedowład bibliotekarstwa sygnalizuje się wszędzie. A my, dodatkowo, jesteśmy od wielu innych biedniejsi, więc w biednym kraju bibliotekarstwo musi być biedne albo bardzo biedne. Nigdy bowiem nie słyszałem, żeby bieda była gdziekolwiek generatorem sukcesu.

Od wszystkich możliwych opinii, ocen, diagnoz, zarzutów oraz pretensji należy zatem odjąć to wszystko, co ma miejsce wszędzie - sumując to przed odjęciem - i dopiero wtedy wynik, pomnożony przez współczynnik biedy, pozwoli określić nasze własne, rodzime przyczyny, dla których idzie nam w tym bibliotekarstwie pod górkę. Wykonałem więc takie dodawanie, następnie odejmowanie i jeszcze mnożenie współczynnikowe. Wyszło, że wśród przyczyn niedostatku sukcesów prym wiedzie rozchwianie lub zanik świadomości zawodowej.

W kotłowisku zmian

Świadomość zawodowa popękała wszędzie, a czasem nawet zanikła. Na wszystkich wyspach i kontynentach młodsze pokolenia bibliotekarzy przemianowały się na pracowników informacji, żeby odciąć się od staromodnego - ich zdaniem - i śmierdzącego bibliotekarstwa, a zawtórowały im instytuty kształcenia bibliotekarzy, uznając za informację wszystko, co się rusza. Ruszyła zakaźna epidemia paninformacjonizmu, postulując biblioteki bez bibliotekarzy

Z przyczyn ewentualnie instrumentalnych). Narzędziem pracy bibliotekarza są jego głowa i ręce, zaś narzędziem pracy brokera informacji - supernowoczesny komputer. Rozumiem. Zawsze chciałem być konduktorem kolejowym, bo ma szczypce do dziurkowania/stemplowania biletów oraz gwizdek.

A naprawdę wszystko przez to, że do komunikacji publicznej wdarła się przebojem komunikacja elektroniczna, swoją w niej rolę zrównując z rolą piśmiennictwa i z rolą massmediów. To był gwałtowny, niezapowiedziany przełom, który niejednemu rozum przerobił na sznycle: pojawiły się opinie, że to jest jedyna forma publicznej komunikacji, która ma rację bytu. I wprawdzie tych głupot jest dziś znacznie mniej, ale myślenie uległo zamuleniu - nie do każdego dociera, że komunikacja publiczna jest, oraz będzie, multisemiotyczna. Komunikacyjne przemiany rozchwiały więc, lub nawet zatarły, profesjonalną świadomość bibliotekarzy, zainfekowały ją po drodze bakteriami niedorzeczności. U nas i nie tylko u nas - wszędzie.

Zaszły też zmiany w komunikacyjnych technologiach: pojawiły się takie, których uprzednio nie było. To musiało wywołać kolejne zawirowania i niepokoje - niektórzy zdołali się przystosować, ale wielu nie. Średni wiek bibliotekarzy jest zaawansowany, a im starsze były i są pokolenia profesjonalistów, tym trudniej przychodziło i przychodzi opanowanie technicznych umiejętności korzystania z nowych narzędzi. To dosyć, żeby świadomość popękała.

Na to wszystko nałożyły się u nas zmiany polityczne, ustrojowe i siłą rzeczy mentalnościowe. Nic już nie jest takie, jak było poprzednio i chociaż wszyscy mówią, że dobrze, to jednak połapać się w tej dobroci wcale nie jest łatwo. Wieczne przetasowania bibliotek publicznych, wieczna niepewność przyszłości bibliotek pedagogicznych oraz wieczne rozproszenie bibliotek akademickich i szkolnych - oto skutek.

Wytworzyło się wielkie kłębowisko zmian, w którym nikt nie potrafi określić do końca swojego trwałego miejsca, zmiany bowiem nadal trwają, a na komunikacyjną rzeczywistość każdy patrzy z perspektywy karpia smażonego na patelni: niby coś dzieje się naokoło, ale przede wszystkim piecze i nie wiadomo, co z tego pieczenia wyniknie.

Jeżeli jest tyle zmian jednocześnie, to byłoby dziwne, gdyby świadomość zachowała się stabilnie. Jest wobec tego jak w czeskiej komedii: nikt nic nie wie (do samego końca). I tak pewnie będzie na obecnym etapie. Otóż przydałoby się jednak, żeby ktoś coś wiedział. Gwoli usprawiedliwienia: Niemcy próbowali ten etap przeskoczyć. Zdemolowali enerdowski system biblioteczny, wymienili technologię i prawo, powylewali zastanych dyrektorów, no i wpompowali we wszystko olbrzymie pieniądze. Być może w efekcie poszło im ciut lepiej niż nam, lecz kryzysu świadomości też nie uniknęli. Zresztą my nie mieliśmy bogatej części zachodniej, więc do pompowania były tylko pompki. Toteż kryzys świadomości bibliotekarskiej zżera nas o wiele silniej.

Puste miejsca

W tym niełatwym czasie szczególnie dotkliwie daje znać o sobie koncepcyjna pustka: tak jakby kalendarz urywał się dzisiaj. Nie ma spójnych, poważnych, rozumnych celów strategicznych, nie ma racjonalnych prognoz dla naszego bibliotekarstwa jako całości. Może nie ma nawet takiej całości.

Pojawiają się pomysły, czasami szalone bądź absurdalne, niekiedy mające ręce i nogi, lecz zawsze tylko doraźne, chwilowe, na krótki dystans oraz wąskozakresowe. W dodatku porozsypywane, rozproszone jak gwiezdny pył: każdy egzystuje sam, aż zniknie bez śladu. Nie udało się wykreować żadnej scalonej koncepcji na przyszłość, żadnego zglobalizowanego programu, który w dodatku zapewniłby ciągłość w stosunku do tego, co było i jest. Pusto wszędzie i bezgłośnie, zdarzenia toczą się siłą rozpędu i z mocy przypadku. Zatem to już nie jest tylko rozchwianie, ale superkryzys (zanik?) zawodowej świadomości.

Dlaczego? Jaki jest powód? Ano głównie taki, że nie ma autorytetów. Nie ma zatem komu scalić pomysłów, które już są, ani wygenerować innych - nie ma komu ich utrwalić. Rozłażą się, zanim wyrosną z nich kiełki programu.

Inaczej niż kiedyś, zabrakło autorytetów osobowych. Nie ma w zawodzie nikogo takiego, kto samym udziałem mógłby narzucić wolę i zasugerować kryteria ocen. Nie ma Tytanów ani Tytanic profesji, bo marny jest transfer idei - także za sprawą poniechanego odbioru: większość profesjonalistów, szczególnie ta młodsza, oraz kandydatów do zawodu ma wszystkie idee w kiszkach.

Nie ma też autorytetów i narzędzi instytucjonalnych. Nie ma instytucji, która spełniałaby rolę kreacyjnego konia pociągowego. Pół wieku temu zlikwidowano Naczelną Dyrekcję Bibliotek - w Skandynawii takie funkcjonują świetnie - i odtąd nasze bibliotekarstwo istnieje bez głowy.

Żadna biblioteka nie wykreowała się też do roli przywódczej (chociaż dobrych nie brakuje) - a książnica narodowa jest jak stół z powyłamywanymi nogami. Istnieje, lecz więcej w niej oferty środowiskowej, niż zaczynu krajowego. Nie tylko z tego powodu, że tak chce, także dlatego, że tak chcą inni. Z nostalgią myślę, że IKiCz mógł być w czasach świetności kuźnią bibliotekarskich idei. Mógł, ale nie został. Co było, a nie jest...

Nie odzyskało też dawnego miru SBP, choć trzeba docenić wysiłki. Pragmatyka stanu wojennego, a zwłaszcza akces do PRONu, to był pocałunek śmierci. Przyszło na prestiż zarabiać od zera, ale czas okazał się dramatycznie niedogodny. Jednocześnie zaś prawie nie ma tam juniorów zawodu. Jak więc wypracować zawodowy szacunek powszechny?

Kto ma zatem uprawiać profesjonalną świadomość - rozsiewać, podlewać, meliorować - skoro wszyscy wdepnęli w mentalnościowy nawóz. A przy rozchwianej świadomości, opadają ręce i uszy. Jeśli zaś opadną ręce i uszy, to żadnej świadomości nie będzie. Koło się zamyka.

Kim się jest

Kryzys świadomości zawodowej tak ściśle zespolił się z kryzysem tożsamości, że już nie wiadomo, co było/jest pierwsze: : jak jajko i kura. Oraz nie wiadomo, kim się jest. Nie ma mianowicie poczucia przynależności do jednej wspólnej drużyny, która gra na tym samym boisku - nie ma silnych więzi profesjonalno-emocjonalnych, a te które są (słabe), wyglądają na kulę u nogi albo na kajdany. Jeśli bowiem wszyscy coś odczuwamy razem, to zwłaszcza negatywny stereotyp biblioteki i bibliotekarza, który jest jak odleżyna na (wspólnym) tyłku. Więc takie wiązadło nie cieszy.

Emocjonalizacja, zresztą szczątkowa, pomaszerowała w tej profesji w fatalnym kierunku. Irracjonalnym, pozarozumowym, odstręczająco egzaltowanym - co wyraża się najczęściej odmianą przez wszystkie przypadki rzeczownika misja. To może zdołować najroztropniejszego profesjonalistę. Jak będę chciał misji, to zostanę misjonarzem.

Z braku identyfikacji, z zamazanej tożsamości, wiele osób pracę w bibliotece traktuje jak jakąś posadę. Minimum zaangażowania, żadnej wiedzy zawodowej: według intuicji wykonać to albo tamto i pędem do domciu odmieszkać czynsz. Jest na etatach około 120.000 osób, a ile czuje się zawodowcami?

Krecią robotę wykonały młode wilki z uczelnianych instytutów inb na całym świecie, eliminując systematycznie termin biblioteka, bowiem im zaśmierdział był. W Polsce również wdaliśmy się w to szaleństwo. Ciekawostką jest natomiast, że nikomu nie śmierdzą pieniądze (jakiekolwiek są) pobierane z tytułu pracy w bibliotekach oraz z tytułu kształcenia bibliotekarzy. Najprawdopodobniej zatem smród rozchodzi się nierówno.

Zapytałbym przeto, czy nikt nie widzi w tym wszystkim nadżerki etycznej. Odpowiedź kategoryczna brzmi oczywiście, że nie. Nie zapytam więc. To było tylko niby-pytanie, pytanie wirtualno-temporalne, czyli że go nie ma i nie został po nim ślad.

W tych warunkach nieuchronny stał się rozbrat międzypokoleniowy. Średni wiek pracowników bibliotek jest mocno wygórowany, porozumienie się więc z najmłodszymi adeptami zawodu, zawsze bardzo trudne, okazało się prawie niemożliwe z powodu fundamentalnych różnic mentalnościowych. To są dialogi Chińczyków z Eskimosami. Brak naturalnej, bo sukcesywnej, pokoleniowej, wymiany personelu okazał się dramatyczny w skutkach: świadomość oraz tożsamość zawodowa popękały i rozsypały się na okruchy jak rozbite szkło. O ile w ogóle były lub są - częściej wszak ich nie ma, bo zżera nas i połyka brak zawodowej pragmatyki ochronnej, więc jakichkolwiek profesjonalnych barierek i choćby elementarnych wymagań kwalifikacyjnych, ale rzeczywiście przestrzeganych. Do pracy w bibliotekach zgłasza się ktokolwiek, a do funkcji kierowniczych aspiruje każdy znajomy, pociotek lub partyjny komiliton władzy. Nie istnieje nic takiego jak wewnętrzny mechanizm awansowy, ci zatem, którzy powinni inspirować profesjonalną świadomość i kształtować zawodową tożsamość, sami nie wiedzą, co to takiego jest.

Z tego punktu widzenia jest to zawód w stanie przedzawałowym. Niektórzy liczą, że kiedy opadnie fala bezrobocia, amatorów gościnnego obejmowania bibliotecznych posad kierowniczych będzie mniej. Ale wiara, że wszystko zmieni się samo, ma wszelkie znamiona wiary w duchy: to jest pozaświadomość.

Kuźnie kadr

Wśród jej głównych źródeł jest jeszcze jedno - bardzo ważne - aktualna rzeczywistość zawodowego kształcenia, które nie sprawdza się w roli inspiracyjnej jako kuźnia świadomości zawodowej, ani też w profilowaniu tożsamości profesjonalnej.

Dla jasności: to nie jest ocena zawodowych umiejętności absolwentów kierunku inb, bo te mam nadzieję, nie są złe. Potwierdza to obserwacja ich późniejszych losów, przypadków i karier. Mówię tu natomiast o wytwarzaniu podczas studiów wyobrażenia zawodu - i otóż ten wytwór jest nijaki, bądź żaden z przyczyn osobowych. Mianowicie lekarzy kształcą lekarze, aktorów aktorzy, stomatologów dentyści, zaś bibliotekarzy - różni. O ile zaś można w tym trybie nauczyć elementarnych umiejętności, to już zawodową świadomością nie zainfekuje nikt obcy. Tymczasem wśród samodzielnych pracowników nauki (od dra hab.) osób z dłuższą praktyką bibliotekarską jest mniej, niż kot napłakał.

To jest superkłopot. Mechanizmy uczelniane fantastycznie utrudniają implantację praktyków do dydaktyki - to prawda - jednak w kształceniu medycznym jest to wszak możliwe, więc dlaczego u nas nie? Konsekwencją aktualnej sytuacji jest (niemal) stuprocentowa izolacja instytutów inb od realnego bibliotekarstwa: funkcjonuje się obok. To tak, jakby w stomatologii występowała jakaś abstrakcyjna teoria bezwrzaskowego wyrywania zębów, bez związku z (bolesną) rzeczywistością. Konsekwencje dla naukowego i zawodowego piśmiennictwa też są drastyczne; w założeniu ma ono służyć formowaniu zawodowej świadomości, ale nie służy. O rzeczywistym bibliotekarstwie pisze się teraz mniej niż maleńko, a jeśli już, to w zdumiewającym odcięciu od realności, a to już sztuka dla sztuki.

W czasopismach rozpleniło się poradnictwo prawne w skali tak upiornej, że człowiek dostaje sraczki. Czy bibliotekarze to urodzeni przestępcy? W książkach natomiast przeważają dyrdymały z obszaru zarządzania (organizacji, marketingu itd.), przeważnie na popłuczynowym poziomie i tak wtórne, jak wtórna może być siedemnasta kopia. Gdyby jakiś dyrektor przejął się tymi szczególikowymi sugestyjkami, to po tygodniu biblioteka przestałaby być biblioteką a dyrektor dyrektorem. Z tego więc nie generuje się żadna świadomość.

Nie generowałaby się zresztą również, gdyby wszystkie teksty były najlepsze i traktowały rzeczywiście o bibliotekarstwie. A to z tej przyczyny, że w tym zawodzie prawie nikt nic nie czyta. Śladowe nakłady profesjonalnych czasopism i książek nie rozchodzą się do końca, bo do czytania - solidarnie - mało kto ma chęć. Nie czytają studenci, nie czytają bibliotekarze, prawie nie czytają pracownicy nauki. Za duży wysiłek? Brak czasu? To już lepiej zrezygnować z mycia zębów i uszu... W następstwie w dyskusjach plecie się szokujące androny (ludzie nawet nie podejrzewają, że na dany temat zapisano tysiące stron), a niektóre teksty, imitujące naukowe dysertacje, przywołują jedynie darmowe internetowe barachło. To jest jakiś bzik.

Zatem, wobec tego, kto i co oraz jak ma kształtować tę naszą zawodową świadomość? Byt - jak chciał Karol Marks - skompromitował się jako narzędzie świadomościorodne, a bez zawodowej świadomości z czasem będzie jedno dziadostwo, a nie zawód.

Zrobić coś

A jednak całe to bibliotekarstwo jakoś funkcjonuje. Nie jest tak, żeby nic się nie udało, więc może na samym dnie myślenia, pod warstwą podświadomości, tli się namiastka świadomości, tyle że rozczłonkowana. Inaczej wszak już dawno byłoby po nas. Wobec tego trzeba wydobyć ją na wierzch, przewietrzyć, wzbogacić, słowem: przeorać mentalność.

Kto? Ty, ja, ona i on. Wszyscy i ewentualnie razem. W taki sposób, żeby na początek pomyśleć o sobie - my.

Przynajmniej mentalnie trzeba scalić zawód w zawód, nie wstydząc się nazwy, bowiem w czym gorszy jest bibliotekarz od inforbrokera? Trzeba przypomnieć sobie, że w zawodowym uprawianiu zawodu konieczna jest zawodowa świadomość oraz zawodowa wiedza, zaręczona z zawodowymi umiejętnościami. Słowem: należy koniecznie z obecnej, abstrakcyjnej aberracji wrócić do profesjonalnej rzeczywistości. Albo wynieść się na śmietnik - pomiędzy inne, już złomowane, zawody.

Może przydałby się zresztą zespół ekspercki, konkretyzujący, do jest do zrobienia w pierwszej kolejności? Ale to jest lipa: nie ma komu czegoś takiego powołać i nikt zapewne nie da się powołać, więc tak czy inaczej, najprzód każdy sam musi zrobić coś, mianowicie: przełamać inercję. Przede wszystkim własną.

 Początek strony



Rozchwianie profesjonalnej świadomości / Jacek Wojciechowski// W: Biuletyn EBIB [Dokument elektroniczny] / red. naczelny Bożena Bednarek-Michalska. - Nr 2/2007 (83) marzec. - Czasopismo elektroniczne. - [Warszawa] : Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich KWE, 2007. - Tryb dostępu: http://www.ebib.info/2007/83/wojciechowski.php. - Tyt. z pierwszego ekranu. - ISSN 1507-7187