EBIB Nr 2/2007 (83), Kolory niemożności - bariery w rozwoju bibliotekarstwa w Polsce. Artykuł Poprzedni artykuNastpny artyku  

 


Henryk Hollender
Biblioteka Politechniki Lubelskiej

Kolory są piękne, stawka niska




Dwie główne partie prawicowe nie przeprowadziły debaty nad miejscem Polski w Europie, nie zarysowały wizji Unii Europejskiej, nie zabierają głosu w sprawie przystąpienia Turcji do UE, nie dokonały rachunku sumienia w kwestii poparcia przez Polskę inwazji na Irak.[1]

Jeśli mamy poprawiać polskie biblioteki, diagnozować przyczyny niemożności i obalać bariery, to dobrze byłoby wiedzieć, z jakich przesłanek ma się brać ta akcja. Piszący te słowa nie jest wcale przekonany, czy trzeba ją podejmować. Według mnie biblioteki są niezłe; dają to, co powinny i rozwijają się w odpowiednim kierunku. Jak na warunki, w których przychodzi im działać, prezentują się niemal bajecznie. Tworzenie publicznych systemów informacji w kraju nomenklatury i ściągaczek, a także utrzymującej się przez stulecia dysproporcji pomiędzy zużyciem święconej wody i zwykłego mydła, to prawdziwie niewdzięczne zadanie. Wywiązujemy się z niego niezgorzej, bez względu na dzielące nas różnice opinii i praktyk. Także bez względu na brak jakichkolwiek faktycznych opinii zawodowych, który nęka nasze środowisko. Innych problemów właściwie nie widzę, dziękuję zatem za uwagę.

Poza tym tak naprawdę nie wiem, jakie są biblioteki w Polsce, bo mogę sobie mieć różne osobiste doświadczenia i spostrzeżenia, ale niczego ogólniejszego, oceniającego i wartościującego do przeczytania nie znalazłem. I jeszcze na dodatek są w bibliotekarstwie rozmaite osobliwości, które, zdaje się widać wszędzie, tak jak na całym świecie są podobne biurokracje, podobne problemy służby zdrowia, podobny etos i etnografia wojska. Trudno byłoby powiedzieć, co tu jest polskie, a co powszechne, co incydentalne, a co nieuniknione.

Po lekturze notatek na temat I Forum Młodych Bibliotekarzy w Zielonej Górze mój umiarkowany optymizm się umacnia. Może pojawią się masowo tacy, którzy pracując w bibliotekach, nie będą chcieli się nudzić, a w południe dostawać głodu serialowego i z nieprzytomnym spojrzeniem odmierzać czas do piętnastej. Ale optymizm nie wyklucza krytycyzmu, a bez krytycyzmu jest zawsze nuda i rutyna. Widać zatem gołym okiem, co udać się u nas nie może - bo udać się nie zamierza. Nie stworzymy sobie na przykład z dnia na dzień ani z roku na rok takiego Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, które mogłoby coś realnego i dużego zainicjować, ani takiego, które każda biblioteka duża i mała byłaby skłonna obdarzać szacunkiem, bo prawdziwe zapotrzebowanie jest na zupełnie inne Stowarzyszenie - dokładnie takie, jakie mamy. Nie zechcemy zrobić z bibliotekarstwa prawdziwego zawodu, takiego jak zawód architekta, sędziego czy księgowego, bo tak naprawdę pragniemy przede wszystkim szeroko dostępnego zajęcia. Nic nie wskazuje też na to, byśmy oduczali się naiwności: politykę dygitalizacyjną ma nam robić zespół doradczy przy ministrze, a powinien ją robić minister. Nie zaczniemy dogadywać się w sposób skuteczny, bo polemizując, nie czytamy, co napisał adwersarz, a obradując, przerywamy sobie, gadamy po kątach i porzucamy temat bez konkluzji, gdy tylko poczujemy zmęczenie. Nie wyzbędziemy się zachowawczości, bo jako społeczeństwo boimy się zmian. Same bezosobowe siły społeczne, wszyscy chcą dobrze, ale trudno z czymkolwiek ruszyć z miejsca. Spójrzmy na ustawę o obowiązkowych egzemplarzach bibliotecznych: jest absurdalna, ale bez niej padłoby gromadzenie w bibliotekach naukowych i minister nie jest w stanie wyjść z impasu, chociaż zmiana była od początku w jego programie. Albo komputeryzacja bibliotek publicznych: może się szczycić spójnym systemem Wrocław, raz, drugi, trzeci, ale na nas w Warszawie nie robi to wrażenia, mamy swoje zalety i swoje mocne strony, no i kto powiedział, że systemy w ogóle mają być spójne. Tkwimy w bardzo specyficznej kulturze, drogi Radwański, i naprawdę przewodzenie światowemu bibliotekarstwu nie jest nam pisane; i tak mogło być o wiele, wiele gorzej.

Sądzę wreszcie na koniec, że już o tym wszystkim napisano, co trzeba. Ach, może nawet ja się raz i drugi do tego przyłożyłem, zwłaszcza zaś przyłożył się Aleksander i kilku innych ekspertów z różnych pokoleń; było ich niewielu, ale ci, których prace bym tu z łatwością mógł przywołać, to żądło i miód mądrości, i ciągłe potwierdzanie sensu tego, co się robi. Nieskuteczność tych wystąpień polegała na tym, że nikt ich nie potrzebował i że nie miały adresata; kto tam naprawdę się z nimi nie zgadzał, komu rzeczywiście wadziły, ten siedział cicho i skutecznie przeczekiwał. Zresztą nie bardzo było co przeczekiwać, nie rozpętywała się przecież żadna nawałnica. Jeśli się w Polsce zrobi coś dobrego w usługach informacyjnych, to kilka osób pochwali, ale większość pozostanie obojętna. Ludzie, którzy mogliby mieć zasadnicze wątpliwości co do sensu i kierunków modernizacji bibliotek, na ogół nie przedstawiają ich publicznie, bo nie są aż na tyle pewni swego, a poza tym wiedzą doskonale, że nikt ich nie zmusi, by podążanie za nowością stało się ich obowiązkiem. Dobre praktyki opornie stają się wzorcowymi, prawdziwie trwałe są tylko tradycje i rutyna. Możemy się zżymać, ale to nie jest głupi system. To jest system na przetrwanie, tkwiący głęboko w polskiej świadomości. Jeśli się coś zawali, to nie będzie ofiar w ludziach ani nawet poważniejszych strat finansowych. Odpowiedzialnych za zaniechanie też nie będzie.

Gra toczy się o nieokreśloną stawkę. Relacji między kwestiami dla tego społeczeństwa pierwszoplanowymi a sferą bibliotek nikt nie jest jakoś w stanie określić. Nie ma bibliotek w kontekście europejskim, gminnym, środowiskowym: one nadal mają odpowiadać za dobrostan symboli literackich, ewentualnie zbiorów utrwalających te symbole, ale za powodzenie i rozwój określonych audytoriów - już raczej nie. Nie wywołano do tablicy bibliotek, kiedy elity pochylały się nad zjawiskiem analfabetyzmu funkcjonalnego, no i zainteresowanie wygasło, a może w ogóle nie było - jak wiadomo - żadnych elit. Nie pojawiły się też biblioteki w kontekście społeczeństwa obywatelskiego, no i już się nie pojawią, bo temat wyszedł z mody. Bibliotek nie dotyczy ani przemoc w szkole, ani przekształcenia na rynku telekomunikacyjnym, ani proces boloński, ani świadomość historyczna, ani emigracja zarobkowa z Polski, ani imigracja zarobkowa do Polski, ani etyka lekarska, ani stan sądownictwa - itd.

W naszym kraju wybitny publicysta może sobie bezpiecznie i bezkarnie napisać w czołowym dzienniku, że sprawdzał, czy pewna książka została wydana w Polsce, ale niestety nie została, a gdzie sprawdzał, a w Onecie, bardzo nam przykro. Redaktor wydania w ogóle nie zwróci na to uwagi, bo nie wie, gdzie się sprawdza takie rzeczy. Nie skieruje też do wybitnego publicysty otwartego listu dyrektor Biblioteki Narodowej, oferując swoje katalogi; nie skorzysta z okazji, żeby nazwisko zrobiło reklamę jego firmie, po pierwsze dlatego, że BN ma najwyraźniej wpisane do statutu, że dyrektorowi wolno się wypowiadać o katalogach w takim stopniu, jak cesarzowi Japonii o polityce międzynarodowej, po drugie zaś dlatego, że w katalogach Biblioteki Narodowej więcej nie ma, niż jest. No, może tu się mylę, może w katalogach Biblioteki Narodowej więcej jest, niż nie ma, ale ja tego nie wiem, ponieważ nie znam pokaźniejszych, autorytatywnych wypowiedzi, w których by to w ogóle oceniano, znam za to bardziej wypasione katalogi.

W szerokiej opinii biblioteki, bibliografie, bazy danych są wąziutką, boczną ścieżką cywilizacyjną, tematem niewartym wzmianki, azylem dla miernot. Miernoty uprzejmie zgadzają się z tym stanowiskiem i walą pracować do bibliotek, krąg się zamyka, a kompleks edukacyjny i rozwiązania prawne przystosowują się do zadania polegającego na oliwieniu jego majestatycznych obrotów.

Najlepszy przewodniczący pewnej komisji, od której swojego czasu zależałem jako funkcjonariusz bibliotekarstwa akademickiego, był właśnie czołowym badaczem analfabetyzmu funkcjonalnego, sympatycznym młodym profesorem, ale zmuszenie go, żeby zapamiętał cokolwiek z zadań realizowanych przez bibliotekę, przekroczyło moje możliwości. Miał wszelkie kwalifikacje, żeby się wypowiedzieć, czy instrumentarium informacyjno-wyszukiwawcze biblioteki jest czytelne i skuteczne, ale nigdy nie zerknł na naszą stronę WWW. W gronie komisji tracił pasję badawczą; robił się z niego sfrustrowany Polak, przeznaczony przecież do wyższych zadań. Zasiadanie zaś w komisji zmuszało go do niższych. Albowiem inteligencja w Polsce tylko udaje, że lubi biblioteki i przyciśnięta do muru przypomina sobie jakieś tam sentymentalne epizody związane głównie z tym, że ktoś ich gdzieś skutecznie obsłużył i nie musieli sami tykać katalogów, albo że przyszły wielki człowiek siedział w czytelni za ladą. Nie, inteligencja uważa biblioteki za nudne i nieprzejrzyste, i nie ma w tej chwili znaczenia, czy ma w tym swoją rację, czy chodzi tylko o resentyment wynikający z tego, że wszyscy sobie zdają sprawę, choć nikt tego nie chce publicznie powiedzieć, że rozkwitły (ilościowo) w czasach ustroju totalitarnego, który czynił z nich najpierw jedną ze swoich agend, później zaś już tylko jeden ze swoich totemów. Z kolei wdrożona w nich wówczas kultura organizacyjna oraz zasady ksztatowania przestrzeni okazały się nad podziw trwałe, a na dodatek stanowią pierwsze rysy bibliotek rzucające się w oczy użytkownikowi.

Stosunek społeczeństwa do zasadniczych zjawisk w sferze komunikacji, w tym także - do bibliotek, nie zmienia się z dnia na dzień ani z dekady na dekadę. Kraj nasz ma wiele tradycji, które usuwają biblioteki z publicznego pola widzenia i publicznego dyskursu. W okresie wolności, nim społeczeństwo zasmakuje w nowych obyczajach, przede wszystkim wyjmuje z szafy - na ogół zresztą tej samej, w której trzyma szkielety - obyczaje wypróbowane. Następuje niczym nieograniczony festiwal staroci. Nareszcie wolno. Dopiero teraz wyznajemy zatem śmiało, że nie gustujemy w smutnych gomułkowskich bibliotekach sprzedawanych jako „instytucje kultury” - i smutnych gomułkowskich bibliotek może już sobie nie być od dwudziestu lat, a opinia klepie swoje. Skąd ten mit, że ludzie wolni otwierają się na nowe poglądy? Ależ skąd - oni bez żenady zamykają się w starych, tak jak ten profesor o znanym nazwisku, który w łzawym liście przepraszał dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie, dlaczego od wielu miesięcy zwlekał ze zwrotem pokaźnej liczby książek. Tak to tłumaczył: najpierw był za granicą, a później nastąpiła „wielka przeprowadzka”. Chodzi o rok 1999, kiedy Biblioteka faktycznie była zamknięta, ale zwroty przyjmowano zawsze, każdego dnia i bardzo uporczywie trąbiono o tym na cały Uniwersytet. Profesor wiedział jednak skądinąd, że jak jest przeprowadzka, to biblioteka musi być zamknięta (uff, co za ulga). Takie postawy dominowały, choć była i profesorka, która zapłaciła prawie dwa tysiące złotych „opłaty specjalnej” i stanęła na głowie, żeby dyrektor o tym się nie dowiedział (a on się dowiedział i jeszcze bardziej Cię podziwiał, Danusiu).

Czas pracuje na naszą niekorzyść. Pojawił się Internet, toteż w coraz mniejszym stopniu trzeba polegać na bibliotekach (zwłaszcza jeśli chodzi o piśmiennictwo międzynarodowe, bo wysokiego, współczesnego, polskiego prawie w Internecie nie ma). Nim jednak wszedł Internet, biblioteki bez walki oddały pokaźne pole maszynie kopiującej, która uniezależniła wielkie grupy użytkowników od niedoborów w zbiorach i niewydolnych procedur udostępniania. W sprawie Internetu nie było w latach 90. żadnych wypowiedzi programowych ze strony naukowców czy polityków odpowiedzialnych za komunikację społeczną. Nie było też żadnej w tym obszarze polityki państwowej poza ogólnikami w poszczególnych „raportach”. Zaś potencjał tak ministerstwa, jak i centralnej książnicy państwa w zakresie wprowadzenia tzw. dziedzictwa narodowego do Internetu wyrażał się tym, że nie stworzono elektronicznej wersji Estreichera (ale dzieje się jednak ostatnio, dzieje - dzięki Towarzystwu Naukowemu KUL i w końcu tejże BN), ani nie udostępniono on-line centralnego katalogu starych druków.

Jak widać, polskiego stanu świadomości nie naruszyła nawet komputeryzacja bibliotek. Może była za płytka, może katalogi pozostały niezrozumiałe lub objęły zbyt małą liczbę typów publikacji, a może założono je na wyrost: wszak miały przemówić do społeczeństwa, które na ogół nie otrzymuje skorowidza, zwłaszcza rzeczowego, nawet w książkach naukowych renomowanych wydawców. Nie przemówiły do niego również i inne ewidentne osiągnięcia bibliotek takie, jak: gęsta (choć niezoptymalizowana przestrzennie) sieć placówek, praktyka współkatalogowania, dwa katalogi przedmiotowe (o jeden za dużo, ale i tak lepiej niż w wielu krajach), wolny dostęp do części zbiorów, biblioteki cyfrowe, kilka interesujących gmachów, dogodne godziny otwarcia itd.

Ponieważ w środowisku naukowym dydaktyka jest dalece mniej ważna od twórczości, a w twórczości miarą sukcesu jest liczba publikacji napisanych, a nie przeczytanych, więc w tym środowisku biblioteki również nie były wykorzystywane na miarę swoich możliwości. To akurat jest zjawisko światowe, przy czym na przeciwległym kulturowym biegunie mamy profesora amerykańskiego, który po książki mógł nigdy do biblioteki nie chodzić, bo mu je wydawcy przysyłali do gabinetu. Na naszym zaś biegunie mamy dwa wcielenia profesora - jeden chodzi, ale po księgarniach, drugi o wyszukanie i przyniesienie książek prosi bibliotekarza. To zresztą może być ta sama osoba. Obaj profesorowie (a brazylijski, chiński i rosyjski też) dostali już na własny komputer pełne teksty czasopism elektronicznych, co dla biblioteki zazwyczaj jest gwoździem do trumny, bo nie widać w tym jej roboty. Jeśli jest. Może być, ale nie musi - w Polsce, jak wiadomo, to nie my bibliotekarze zajęliśmy się pierwsi czasopismami elektronicznymi, ale osobiście, około 1996 r., dyrektor Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego, i chyba równocześnie lub nieco później Poznańska Fundacja Bibliotek Naukowych.

No, ale jak biblioteki nie ma, no to jej nie ma, i tym samym w uczelniach nie pojawiają się przyjaciele, znawcy, życzliwi krytycy i propagatorzy dobrze funkcjonujących bibliotek. Bardziej już chyba można liczyć na samorządowców, ale oni pracują na rzecz bibliotek publicznych, w których w skali kraju długo jeszcze będzie dominował i wciąż się odnawiał najprzyjemniejszy dla bibliotekarza model działania, polegający na prowadzeniu salonu literackiego, w którym co pewien czas błyśnie znane nazwisko. To jest nadal służba symbolom. Na skuteczność informacyjną nie ma jeszcze formuły i na misję społeczną także nie.

W zmienianiu tego obrazu mogłoby brać udział wyższe szkolnictwo informacyjne, ale ono zajmuje się najzwyczajniej czymś innym i nie bierze. Nie bierze, bo musi się utrzymać, co można osiągnąć, prowadząc badania naukowe. Wykonalne badania naukowe. Jak dotąd wykonalne okazywały się najczęściej takie badania, które w niewielkim stopniu miały za przedmiot biblioteki. Co więcej, nie miały one za swój przedmiot nawet tej szerokiej strefy komunikacji społecznej, w której mieszczą się zarówno biblioteki, jak i archiwa i muzea. Ukazuje się sporo książek, które można pochwalić, ale to nie jest główny nurt. Główny nurt i praktykę dzieli mur obojętności, który byłby absolutnie nie do pomyślenia w naukach technicznych, medycznych i rolniczych. Podobnie jak bibliotekarze na ogół rozmawiają tylko z bibliotekarzami i nie umieją zwracać się do swoich użytkowników i interesariuszy, tak nauczyciele akademiccy (mam na myśli prawdziwych nauczycieli akademickich, a nie ustawowych nauczycieli akademickich - bibliotekarzy dyplomowanych, ale to temat na inną dyskusję) zwracają się do własnego kręgu, zamykającego się w obrębie gremiów, od których zależy pomyślne ukończenie przewodu doktorskiego czy habilitacyjnego. Cały polski świat informacji, bibliotek i ich stosownych pięter badawczych dotknięty jest syndromem chybionego audytorium.

Jasne, że twórczość naukowa ma swoje cele i standardy i wędzidło praktyki mogłoby je stłamsić. Tak, ale jest pewne kontinuum, które łączy prace poznawcze z, dajmy na to, podręcznikiem spawalnictwa, opieki nad obłożnie chorym czy nawożenia upraw jarych. Twórczość nauczycieli akademickich obejmuje zazwyczaj obie krawędzie tego kontinuum, choć napięć nie brakuje. Dochodzi też często do pracy zespołowej z udziałem praktyków. Kto nie jest bardziej praktyczny, ten jest bardziej teoretyczny; bogactwo dyscyplin i specjalności pozwala godzić różne ujęcia i temperamenty. Nauka ma zresztą swoje miary wartości: jeśli nie trawimy życia na pisaniu skryptów, co jak wiadomo jest zajęciem nisko płatnym i niedocenianym, to proszę bardzo: miejmy pierwszorzędne wyniki w międzynarodowych bazach danych, publikujmy w czołowych czasopismach i bądźmy cytowani, także - poza własnym wąskim środowiskiem. Nam bibliotekarzom wolno to oceniać i mamy po temu kwalifikacje jako pracownicy informacji naukowej, bez względu na to, czy sami piszemy grube książki i artykuły do grubych czasopism.

Brak podręczników praktycznych, zharmonizowanych ze sferą badań poznawczych, ale do niej nienależących, jest szczególnie dotkliwy w sytuacji, kiedy młody człowiek po studiach trafia do biblioteki. Absolwent „zwykłych” studiów generalnie o bibliotekach nie wie nic. Częstokroć potrafi jedynie przeprowadzić najprostsze wyszukiwania i nie zna pojęcia hasła, więc katalogiem posługuje się tak, jakby to była wyszukiwarka Internetu. Tym bardziej nie wie o działaniach podejmowanych w bibliotekach, o ich celach i wzajemnych powiązaniach. Jego zdolność do uczenia się, otwartość, ewentualny entuzjazm będą bez niczyjej złej woli gaszone przez osobliwą subkulturę kierowników oddziałów, konglomerat biura i rodziny. Młody człowiek będzie traktowany czule, lecz protekcjonalnie. O tym, dlaczego tak robimy, nie dowie się z reguły niczego, punktem odniesienia nie będą ani lepsze biblioteki (opisywane na przykład lepiej lub gorzej na łamach czasopism fachowych), ani jakaś abstrakcyjna „praktyka biblioteczna”, lecz miejscowe uzgodnienia, nieraz nieweryfikowane od lat i tkwiące w zgrzytliwej kohabitacji z wysepkami zaimportowanej nowoczesności. Rozmowa z młodymi bibliotekarzami przynosi zwykle rozczarowanie, jeśli chodzi o ich poziom ogólnej wiedzy i orientacji zawodowej.

No a bibliotekoznawca? Zapewne zapomniał to, co najważniejsze. Ot, egzaminy. Pamięć można odświeżyć, ale punkt startowy nie jest korzystny. Na studiach przedstawiono mu wszystko tak, żeby tworzyło całość jako dyscyplina, a nie odpowiadało na konkretne potrzeby - ani intelektualne i emocjonalne studiującego, ani praktyczne instytucji, które go zatrudnią. Stworzenie katalogu zagadnień do poruszenia i znalezienie dla nich nauczycieli to dopiero początek zadania, i to niekoniecznie w dobrym kierunku. Zagadnienia, które znajdujemy w rozmaitych standardach, programach i minimach mogą być dopiero wstępem do uczenia spójnego, przygotowującego do rozwijania się, rozwiązywania problemów i eliminowania rzeczy niepotrzebnych. Wysiłek obecnie podejmowany idzie w kierunku „nadążania” i jest nacechowany lękiem, że się pominie coś istotnego. W przedziwny sposób godzone jest to z oportunizmem wynikającym z ograniczeń kadrowych (bo niczym innym nie potrafię sobie wytłumaczyć zachowania na kierunku, który się nazywa „informacja naukowa i bibliotekoznawstwo”, przedmiotu zwanego „bibliotekarstwo”). Ale ucząc „bibliotekarstwa”, możemy także zrobić cudowną robotę, to w ogóle nie jest zasadniczy problem. Zasadnicze jest posiadanie wizji tego, co się dzieje w społecznym obiegu informacji i podporządkowanie tej wizji - wszystkich uszczegółowień programowych. Dlatego najlepsze uczelnie amerykańskie mogły sobie rezygnować z nauki katalogowania (i mogły ją przywracać) - absolwent tak czy owak wychodził ze studiów z wiedzą o tym, że instrumentarium informacyjno-wyszukiwawcze musi stanowić pewną całość, że ta całość ma pewne oporne na zmiany warstwy (takie jak zestaw zasadniczych punktów dostępu), że istotą powodzenia jest skuteczne wykorzystanie norm, i że rozwiązań praktycznych trudno się nauczyć „na sucho”, bo odpowiedniejsze jest szkolenie przywarsztatowe. Dlatego takie podyplomowe (u nas policencjackie) studia składają się z kilku zaledwie obowiązkowych przedmiotów, kreślących rozległą panoramę działań faktycznie harmonizowanych przez istniejące instytucje. U nas tych przedmiotów jest mnóstwo, ale brakuje konceptualnego spoiwa. Próbuje się je tworzyć za pomocą teorii, ale coś, co się sprawdziło w siedemnastowiecznej fizyce, niekoniecznie musi sprawdzać się w naukach stosowanych dwudziestego wieku. Przepraszam, dwudziestego pierwszego.

No i teraz wypadałoby jeszcze wystąpić z kilkoma radami, co dalej z tym robić. Zgodnie z uwagami zawartymi we wstępie - raczej nic.

A jeśli już, to dwie rzeczy przychodzą mi do głowy. Chciałbym współuczestniczyć, ni mniej ni więcej, tylko w opiniowaniu programów nauczania. Rzecz jasna nie sam i rzecz jasna nie z głosem stanowiącym. Wiem, jak wygląda akredytacja na świecie i zapewniam, że nie tak jak u nas. Tu musi liczyć się głos praktyków, starych praktyków, którzy okazali jakąś tam zdolność do analizy, jak i uogólnień. Musi tym bardziej, im bardziej ci praktycy są w tej chwili skazani na takich starszych bibliotekarzy i kustoszy, jakich im wykształcą instytuty informacji naukowej. O co starzy praktycy nie zabiegali, a co jak na tempo modernizacji prawa w Polsce i znane trudności z utrzymaniem bibliotek akademickich w ustawie o szkolnictwie wyższym zostało wprowadzone do stosowania z zadziwiającą chyżością, skutecznością oraz naturalną zawartością prawnych niedoróbek. Trzeba więc stworzyć jakąś symetrię: wy korzystacie z Lehrenfreiheit i komponujecie ofertę dydaktyczną, a my oceniamy, czy działa ona inspirująco i regulująco na sferę praktyki. Jeśli ona nie ma tak działać, to trzeba to sobie jasno i wyraźnie powiedzieć. W każdym razie dobre studia inżynierskie tak właśnie funkcjonują.

Rzecz druga to oczywiście Ustawa o bibliotekach. Jak dotąd uwspółcześnienie istniejącego gniota było niemożliwe, bo każda zmiana naruszała czyjeś interesy lub stwarzała zagrożenie, że wszystko się zaraz rozsypie. Można spróbować napisać zupełnie nową. Powinna być krótka i nie mieć pretensji do odegrania roli deklaracji programowej (ani nie udawać, że jest mapą podziału administracyjnego Rzeczypospolitej, trzeciej czy czwartej). Nie musi wspominać w ogóle o tym, że biblioteki „są bardzo”. Jej zadaniem będzie jedynie stworzenie mechanizmu współpracy organizatorów bibliotek oraz oferowanie na zasadach konkursowych dotacji rządowych wyróżniającym się inicjatywom. Alternatywą byłoby stworzenie ustawy o informacji społecznej, która doprowadzałaby do wspólnego mianownika wybrane sfery działalności archiwów, bibliotek, muzeów, serwisów dostarczających gotowe do wykorzystania utwory oraz biznesów infobrokerskich bez względu na przynależność instytucjonalną, zapewniała określone prawa ich użytkownikom i uzupełniała kilka innych ustaw, w tym prawo autorskie.

To nie są oczywiście nowe pomysły; nowe byłyby uchwały takich gremiów jak SBP właśnie czy Konferencja Dyrektorów Bibliotek Szkół Wyższych, które powoływałyby zespoły skłonne do wystąpienia z pierwszymi szkicami. Tak się w końcu stało z Kodeksem etyki bibliotekarza i pracownika informacji, przy czym nie widać, by ktoś się palił do oceniania, czy ten kodeks w ogóle jest znany i stosowany. Zaczynamy od początku nasz temat.

Przypisy

[1] HALL, A., Ciasne horyzonty prawicy, Gazeta Wyborcza 2006, 4 grudnia (poniedziałek), s. 20.

(Tekst wpłynął do redakcji Biuletynu 23 lutego 2007)

 Początek strony



Kolory są piękne, stawka niska / Henryk Hollender// W: Biuletyn EBIB [Dokument elektroniczny] / red. naczelny Bożena Bednarek-Michalska. - Nr 2/2007 (83) marzec. - Czasopismo elektroniczne. - [Warszawa] : Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich KWE, 2007. - Tryb dostępu: http://www.ebib.info/2007/83/hollender.php. - Tyt. z pierwszego ekranu. - ISSN 1507-7187